Już prawie dwa miesiące WIG20 nie zanotował kolejnego rekordu wszech czasów. Pomijam tutaj sesję z 27 lutego, kiedy indeks ledwie o 2 punkty przekroczył wierzchołek z 25 stycznia. Powoli zbliża się moment, w którym ten stan rzeczy może zacząć budzić wśród inwestorów zniecierpliwienie. Jesienią zeszłego roku, 40 sesji po ustanowieniu szczytu, rynek znajdował się już o krok od powrotu do długoterminowego trendu wzrostowego. Z drugiej strony, w trakcie korekty z wiosny 2005 roku 40 sesji po zbudowaniu wierzchołka WIG20 wciąż jeszcze nie osiągnął najniższego punktu w spadku.
Warto zwrócić uwagę na zachowanie kwartalnej zmiany indeksu WIG20 (w złotych). W połowie lutego spadła do -6 proc. i po niewielkim odbiciu znów znalazła się w pobliżu tej wartości. Od początku 2003 roku nie zdarzyło się, żeby po spadku poniżej zera nie nastąpił szybki wzrost i powrót przynajmniej do poziomu +10 proc. W uproszczeniu - w przeszłości przecena polskich akcji wykorzystywana była do ich akumulowania, tym razem zapał do kupna bardzo szybko wyczerpał się. Jednocześnie od początku 2003 roku nie zdarzyło się, żeby kwartalna zmiana WIG20 znalazła się poniżej -10 proc. W trakcie bessy 2000-2002 regularnie spadała do -20 proc.
Znacznie obniżyły się również stopy zwrotu wyrażone w walutach. Półroczna zmiana WIG20 w euro, po raz pierwszy od sierpnia zeszłego roku, znalazła się poniżej 20 proc. Kwartalna spadła poniżej 5 proc., po raz pierwszy od początku roku. To sprawia, że szykująca się kolejna fala wzrostowa na wykresach rentowności 10-letnich obligacji amerykańskich i niemieckich zapowiada się dla naszego rynku ciężko. Po wczorajszych danych o amerykańskiej inflacji (PPI), które choć korzystne dla rynku długu, nie obroniły obligacji przed spadkiem, kolejne podejście do poziomu 4,9% na wykresie dochodowości 10-letnich papierów rządu USA wydaje się bardzo prawdopodobne. Kłopoty zapowiada również krótka konsolidacja, w której znalazła się po okresie silnego wzrostu, rentowność 10-letnich obligacji niemieckich.