Kiedy czasami patrzę na przebieg notowań na warszawskiej giełdzie to zastanawiam się, czy bez nerwów, emocji, diametralnych zmian nastrojów giełda mogłaby w ogóle funkcjonować. Należy dodać, że szczególnie na naszym parkiecie emocji nie brakuje, bo i czynników, które je wywołują, jest cała masa.
Pierwszym żelaznym punktem jest polityka. To taka polska specjalność. Zaskakujące decyzje, podjazdy, nieprzemyślane wypowiedzi, które z ekonomią generalnie wspólnego mają niewiele. A to szybka sprzedaż poprzez giełdę resztówek, a to rozdawnictwo akcji firmom, które w trybie pilnym chcą je zamienić na gotówkę. Karuzela na stanowiskach w radach i zarządach, pomysły na reprywatyzację itd.
Chyba nikt tak daleko umysłem nie sięga, żeby widzieć firmy kierowane wyłącznie interesem akcjonariuszy, a nie polityków, którzy nie są skłonni oddać udziałów z rąk najgorszego z możliwych właściciela - państwa. Pamiętam słowa pewnego fund managera z Londynu, który mówił, że na polskie firmy związane z polityką stosuje dyskonto 50 proc. Jedno jest pewne, na politykę zawsze możemy "liczyć".
Drugim elementem, o którym trzeba pamiętać, jest dysproporcja rynku spot i terminowego. Najogólniej chodzi o to, że rynek kasowy jest zbyt mało płynny w stosunku do terminowego. Pozycje zajęte bez problemu na kontraktach terminowych jest dość trudno odwzorować na pakietach akcji bez znaczącego wpływu na indeks, co wynika z dużych spreadów na spółkach, które nie należą - powiedzmy - do ścisłej piątki największych i najpłynniejszych. Szczególnie początek obecnej hossy utkwił mi w pamięci. I te przerażające sesje, gdzie po olbrzymim wzroście, napędzanym w pewnej części arbitrażem wykorzystującym dodatnią bazę na poziomie 40 pkt, doszło do jej wyzerowania i wychodzenia arbitrażystów. To doprowadzało do spadku indeksu jednym koszykiem o 10-15 pkt. Indeks spadł wtedy w ciągu kilku sesji z 1710 pkt do 1400 pkt. Notabene, strategie arbitrażowe często kłóciły się w firmach inwestycyjnych z "normalnym" inwestowaniem, bo z jednej strony długoterminowe "kupowanie fundamentów", a z drugiej np. pięćdziesięciokrotnie mniejszy fundusz doprowadzał do kosmicznej zmienności i nerwowości inwestorów, co burzyło harmonię. Dzisiaj arbitraż "dorósł" i jego specyfika jest odrobinę inna. Menedżerowie mniejszych funduszy stosują go także w sytuacji ujemnej bazy, bo generalnie tylko oni posiadają akcje do sprzedaży, gdyż "krótka sprzedaż" w praktyce nie istnieje. Natomiast arbitraż dodatniej bazy, czyli kupić akcje i sprzedać kontrakty, zapewniając sobie zysk bez ryzyka, to również domena klientów biur maklerskich.
Co ciekawe, często można powątpiewać, że jest to klasyczny arbitraż, gdyż zlecenia na bazie 15 pkt, które często obserwujemy, na pewno nie zapewniają zysku powyżej lokaty (uwzględniając prowizje). Jednym słowem, zdolność koszykowych zleceń do zbijania bądź podnoszenia indeksu w czasach flauty giełdowej ma kapitalne znaczenie dla zarabiania na transakcjach kontraktami terminowymi. Dlatego, zajmując odpowiednie pozycje, na tym "arbitrażu" można zapewne nawet trochę stracić, bo rzeczywista strategia to uwzględnia, a wywołanie małej paniki szybkim ruchem indeksu łatwo wykorzystać. Co ciekawe, pewne strategie są już nastawione na działający arbitraż, czyli szybkie wyciągnięcie czy zbicie bazy, co skutkuje wejściem do gry arbitrażystów.Oczywiście, do polityki czy arbitrażystów już się zdążyliśmy przyzwyczaić. Od polityków wymaga się, żeby chociaż nie przeszkadzali, bo gospodarka sobie sama poradzi (to byłoby zbyt piękne, żeby jakaś pomoc czy sensowna reforma pojawiła się z tej strony). Widząc kosze arbitrażystów też reagujemy odrobinę spokojniej i wiemy, że najpóźniej do końca zapadalności kontraktów będą wychodzić z inwestycji. Najciekawsze jednak w tym wszystkim jest to, że giełda to taki układ dynamiczny, który jeszcze nie raz nas zaskoczy, a życie bez tej dawki adrenaliny byłoby dla niektórych zdecydowanie uboższe.