2007 - 2013." Szkoda, że rząd nie pracuje równie aktywnie nad możliwością
liberalizacji rynku pracy, lub zmniejszeniem obciążeń związanych z
zatrudnianiem czy też prowadzeniem działalności gospodarczej. Zabawne, że
inne kraje uważane na konkurencyjne nie mają problemu z zatrudnieniem.
Pytanie do decydentów, co jest wynikiem czego? Czy konkurencyjność poprawia
sytuację na rynku pracy, czy też rynek pracy poprawia konkurencyjność?
Stany Zjednoczone nie muszą tworzyć dokumentów podobnych do strategii
lizbońskiej, bo to właśnie one są gonione. Czy sukces gospodarki
amerykańskiej (mierzony choćby poziomem bezrobocia) to wynik wielkich i
ambitnych reform, czy też po prostu faktu m.in. liberalnego podejścia do
zatrudnienia. Faktem jest, większość pracowników żyje świadomością, że może
zostać zwolnionych, ale też nie ma problemu ze znalezieniem pracy, bo nikt
nie boi się zatrudnić pracownika nawet na kilka dni. Jak ma się do tego fakt
ostatnich zamieszek we Francji, gdzie studenci protestują w sprawie zmiany
sposobu zatrudniania młodych osób. Okazuje się, że problemem jest to, że
młody człowiek nie dostaje na starcie umowy na czas nieokreślony, że wymaga
się od niego okresu próbnego, a przecież mody człowiek "potrzebuje poczucia
komfortu i bezpieczeństwa". Skoro takie niewielkie zmiany wywołują takie
gwałtowne reakcje to można się tylko obawiać, coą projektu jest
skłonienie do zatrudnienia większej liczby osób z grup znajdujących się w
"niekorzystnej sytuacji", inwestowanie w pracowników i w innowacje
ekologiczne. Przeciwnicy tej inicjatywy są zdania, że będzie to narzędzie do
budowy pozytywnego wizerunku przez nieuczciwych przedsiębiorców. Tym
bardziej, że firmy, które złożą takie deklaracje, właściwie nie będą w żaden
sposób kontrolowane. Na szczęście komisarz ds. przedsiębiorstw i przemysłu,
Guenter Verheugen, oświadczył, że nie sądzi, by tak się działo. To ma
załatwić sprawę. Komisarz sądzi więc problemu nie będzie. Wiara w siłę
władzy jest po prostu imponująca. Można się zastanawiać, gdzie tu
konkurencyjność? Czy takie wzorce mamy przerzucać na własny grunt?
Na naszym podwórku o konkurencyjność przedsiębiorstw walczy się rodzimym
sposobem - bez udziału rynku. Koronnym przykładem jest to męczony od
kilkunastu lat "program restrukturyzacji górnictwa węglowego". Grube
miliardy naszych podatków zostały utopione w tej branży, a końca nadal nie
widać. Prognozy na ten rok są fatalne i to mimo tego, że w ciągu ostatnich
dwóch lat były warunki rynkowe, które umożliwiały poprawę sytuacji. Cztery z
siedemnastu kopalń, które wchodzą w skład Kompanii Węglowej w tym roku
przyniesie ponad 130 milionów złotych strat. Poprawy nie należy się
spodziewać, bo pojawiła się informacja, że w planie techniczno-ekonomicznym
przekazanym radzie nadzorczej zarząd Kompanii Węglowej twierdzi, że nie
planuje likwidacji kopalń, aby "nie drażnić związkowców". Czytając takie
wypowiedzi można się zapytać, za co zarząd bierze pieniądze, jeśli nie jest
w stanie dokonać wymaganych sytuacją zmian? Ile jeszcze naszych pieniędzy
zostanie wpompowanych w to coś, czego nie można zmienić, bo ewentualne
zmiany mogą "drażnić związkowców"? Ile czasu jedna grupa pracownicza będzie
szantażować resztę kraju? Utrzymywanie takiego molocha jest naprawdę
korzystne pod względem realizacji strategii lizbońskiej?
Sytuacja wręcz kuriozalną jest fakt możliwości powrotu do pracy w kopalniach
osób, które podpisały wcześnie zobowiązanie, że tego nie uczynią w zamian za
średnio 37 tyś złotych odprawy. Ze 100 tyś osób, które w latach 1998-2001
odeszło z górnictwa prawie 37 tys. wzięło takie odprawy. Kosztowały one
budżet państwa blisko 2 mld zł. Pieniądze pochodziły z kredytu udzielonego
przez Bank Światowy. Teraz okazuje się, że formalnie wspomniany zakaz
zatrudnienia wygasł już z końcem 2002 r., gdy przestała obowiązywać ustawa z
czasu rządów AWS! Według władz spółek węglowych w znowelizowanej ustawie, na
lata 2003-06, zakaz obowiązuje "na zasadzie domniemania". Przecież to jest
jakaś kpina. Niestety nie należy się spodziewać kolejnej komisji śledczej w
tej sprawie, gdyż istnieje ryzyko, że mogłoby to "drażnić związkowców".
Na gruncie amerykańskim z takim przerostem opieki socjalnej mamy do
czynienia w przypadku General Motors. Teraz pracownicy tego koncernu mają
możliwość odejścia wraz z 130 tyś dolarów w kieszeni. Kurs spółki w
ostatnich latach ma tendencję spadkową, co jasno pokazuje, z jakimi
problemami może spotkać się firma biorąca udział w globalnym procesie
konkurencji, a będąca obciążona balastem, na jaki sobie inni nie pozwalają.
Można tylko powiedzieć, że na szczęście dla Stanów Zjednoczonych problem GM
nie jest normą i gospodarka jakoś się rozwija, co potwierdził ostatnio Ben
Bernanke, nowy szef Fed. Jego zdaniem obserwowane ostatnio niewielkie
odwrócenie krzywej rentowności nie jest sygnałem spowolnienia gospodarczego.
Można to było odebrać jako pocieszenie, ale miało to też poważniejsze
konsekwencje. Wypowiedź Big Bena szybko została zinterpretziej ryzykownych lokat na rynkach
wschodzących. Ma to oczywiście przełożenie na poziom notowań naszych
obligacji i naszej waluty. W tym tygodniu, po wypowiedzi szefa Fed, ta
ponownie traciła na wartości.
Wpływa to nie tylko na rentowność lokat w aktywach złotówkowych, ale także
ma silny wpływ na poziom kosztów długu zaciągniętego w walutach obcych. Już
teraz niepokoić może wysoka dynamika wzrostu tych kosztów w przypadku
zadłużenia zagranicznego państwa. Po dwóch miesiącach został osiągnięty
poziom 27,9 proc. wydatków prognozowanych na cały rok. Zauważmy, że przecież
złoty jeszcze jakoś drastycznie się nie stracił na wartości (patrząc w
dłuższym terminie). Co się stanie jak złoty spadnie o kolejne parę procent?
Co się stanie, gdy kurs euro osiągnie uważany przez premiera Marcinkiewicza
za należyty poziom 4,2 złotego, lub też uważany za należyty przez przyszłego
wicepremiera Leppera poziom 4,5 złotego? Czy ulga i poprawa sytuacji
eksportów będzie taka znacząca, że przełoży na dynamiczny wzrost
gospodarczy? Można wątpić. Inna sprawą jest pytanie, co będą robić
inwestorzy zagraniczni, gdy złotówka nadal będzie tracić? Czy zasadnym jest
założenie, że będą oni spokojnie się przyglądać malejącej wartości swojej
inwestycji?
W takich okolicznościach nie może dziwić, że trwająca od ponad czterech lat
hossa utknęła na ponad dwa miesiące. To rodzi pytania. Jeśli popyt jest tak
silny, jak zadaje się wskazywać płytkość tej dwumiesięcznej korekty, to
dlaczego nie widać silnych zakupów i parcia w górę? Trzeba bowiem zauważyć,
że popyt wprawdzie utrzymuje ceny, ale nie można powiedzieć, by były to
poważne zakupy. Jedną z kilku próbek tej sytuacji mieliśmy w ubiegłym
tygodniu, gdy kursy oddalały się do wsparć przy stosunkowo niskim obrocie.
Ten spokój ostatnich tygodni skłania do wycofania się z tezy o możliwości
kreślenia formacji trójkąta rozszerzającego się. To nie jest atmosfera,
która by temu sprzyjała. Tym samym coraz bardziej prawdopodobnym wydaje się
scenariusz lekko pochylonego w dół kanału. Idąc tym tropem można przyjąć, że
ewentualne wybicie ponad jego obszar powinno dać ruch podobny wielkością do
wysokości kanału Wykres_1.gif W efekcie nowy szczyt (okolice 3150) nie byłby
znacznie oddalony od poprzedniego, a po stylu wzrostu będzie można próbować
określić, czy jest to już faktyczny koniec hossy. Obecna konsolidacja daje
nadzieję na takie wybicie. Przeszkodą pozostaje aktywność, która dla dodania
wiarygodności ruchu powinna być większa. W przeciwnym wypadku do wybicia nie
dojdzie, a wahania w ramach kanału będą się przeciągać.
Kamil Jaros