Fatalny paradoks! Od prawie już 10 lat, kiedy dostaję do ręki poważne ekonomiczne opracowanie, popadam w stan nerwowego napięcia. A im bardziej to opracowanie poważne, źródłowe, dogłębne, skrzące się kontekstami, ukoronowane czytelnymi, jasnymi wnioskami i rekomendacjami dla państwa - tym szybciej nerwowe pobudzenie ustępuje miejsca zrezygnowanemu odrętwieniu. Ostatnio "załatwiła mnie" fundacja Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, czyli CASE, kończąc swój kilkuletni program badawczy poważnym opracowaniem. Tytuł mówi sam za siebie: "Trzeci etap reform. Kierunki niezbędnych zmian gospodarczych w Polsce. Raport syntetyczny".
Skąd u mnie takie wiosenne osłabienie zwyczajną, rzetelną, ekonomiczną i społeczną diagnozą stanu państwa z postulatywnym skażeniem reformatorskim w wydźwięku? Od niemal 10 lat coraz ostrzej widzę, jak nikłe rezultaty notują ci, którzy nawołują do trzeciego etapu reform, skoro gdzieś od tylu lat nie stać nas nawet na drugi! Że owa "niezbędność" tych właśnie, rekomendowanych przez jajogłowych ekonomistów zmian gospodarczych to ich tylko i na własny rachunek pielęgnowany mit. Że "raporty syntetyczne" o tyle mają jakiś wpływ na rzeczywistość, jeśli zostaną wykonane na zamówienie tych, którzy ten wpływ mają mocą politycznej pozycji. A nie w sytuacji, kiedy powstają na własne życzenie i według własnego pomysłu jakichś tam kręgów eksperckich, akademickich, pozarządowych czy biznesowych.
Nie sądzę, by rządząca właśnie ekipa polityczna wyróżniała się w ostatniej dziesięciolatce jakoś na niekorzyść w odporności na produkcje jajogłowych ekspertów i praktyków gospodarczych. Wbrew twardej, może nawet z pozoru antyinteligenckiej retoryce, potrafiła przejąć kilka wątków, a nawet osób z "obcych" kręgów intelektualnych, i włączyć do swojej polityki. Jednak wydolność w tym przyswajaniu cudzych przemyśleń i wniosków jest w polskich warunkach szczególnie limitowana. I moje doświadczenie wskazuje, że ogromna badawcza i koncepcyjna praca ludzi CASE, często gotowe do zrealizowania recepty na lepszą Polskę - będą mieć tendencję do pozostania poza zainteresowaniem rządzących. Że nie zmuszą się oni do pochylenia nad przemyśleniami na temat reguł tworzenia prawa, problemami deregulacji rynków i uwarunkowań klimatu inwestycyjnego. Nie odświeżą poprzez CASE-owski pryzmat swoich wyobrażeń na temat konsolidacji finansów publicznych i systemu zabezpieczenia społecznego. Że łatwiej będzie im myśleć o Strategii Lizbońskiej w kategoriach kompromitacji programowania ponadnarodowej polityki, niż przemyśleć nad raportami CASE-u sprawę elastyczności rynku pracy, rozwoju gospodarki i społeczeństwa opartych na wiedzy. Że dokończenie prywatyzacji będą woleli widzieć jako fetysz liberałów, a nie metodę na odciążenie państwa i usprawnienie gospodarki. A przystąpienie do strefy euro coraz łatwiej będzie traktować jako fetysz eurokratów i zwariowanych na punkcie konwergencji walutowej monetarystów, a nie warunek stałego szybkiego wzrostu gospodarczego i zabezpieczenia się przed ryzykiem kryzysu walutowego w warunkach nieuchronnej aprecjacji złotego.
Kilka miesięcy temu podobnie nieswojo czułem się, czytając "Rekomendacje Polskiego Forum Strategii Lizbońskiej do Narodowego Planu Reform 2005-2008". Przy ich ogłoszeniu obecny był nawet premier rządu. A jakoś tak nie widzę w planie politycznym też i refleksji sformułowanych przez ekspertów Forum wobec odpowiedzialności państwa w sferze usług społecznych, interwencji w gospodarce, kultury definiowania i legitymizowania polityki, przywództwa w reformach, rangi interesu publicznego, reformy administracji, sfery regulacji itd. Niezwykle ciekawe badania prowadzi Instytut Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. I on opublikował przed kilkoma miesiącami ważne prace.I co? Ano - nic. Nie tylko "skażone" nazwiskami Balcerowiczów, Dąbrowskiego czy Boniego dokonania CASE, ale generalnie większość wysiłków akademików nie znajduje jakoś kanału transmisji do władzy. A gospodarka żyć musi. Tak od nerwowego pobudzenia do apatycznej drętwoty.