W lipcu 2007 r. wchodzi w życie 54. dyrektywa Komisji Europejskiej o utworzeniu wspólnego rynku energii. Zgodnie z jej zapisami, konsumenci będą mogli wybrać, czy chcą kupować prąd z lokalnej elektrowni, czy z drugiego końca Europy. Resort gospodarki ostrzega, że zagraniczne koncerny energetyczne będą chciały odebrać klientów polskim firmom. Teoretycznie byłoby to możliwe. W praktyce jednak zagrożenie napływem prądu z zagranicy jest niewielkie. Przyczyna jest bardzo prosta - brak środków technicznych.
Transgraniczne linie elektroenergetyczne są bardzo słabo rozbudowane. Polska jest połączona z sąsiednimi krajami dziesięcioma takimi liniami. Dwie z nich, łączące nas z Białorusią i Ukrainą, zostały wyłączone. Energia elektryczna przesyłana sieciami transgranicznymi nie stanowi nawet 15 proc. tego, co jest zużywane w Polsce. Dodatkowo, to my wysyłamy ją do Niemiec i Czech, a nie one do nas. Kraje te chcą od nas kupować prąd, ponieważ średnia cena energii wynosi w Polsce 25 euro/MWh, a u sąsiadów dochodzi nawet do 45 euro/MWh.
Połączenia międzynarodowe to nie jedyna sprawa, z jaką Polska się do dziś nie uporała.
- Nawet gdyby rozbudować połączenia między Polską a sąsiednimi krajami, ogranicza nas krajowy system przesyłowy - zauważa dr Rafał Gawin, specjalista z Departamentu Promocji Konkurencji URE. - Oznacza to, że gdybyśmy chcieli kupować lub sprzedawać więcej prądu do innych krajów, nie ma jak przesłać go z elektrowni do granicy - stwierdza.
Perspektywy rozwoju krajowych sieci energetycznych nie są dziś najlepsze. Ich budową zajmuje się operator systemu przesyłowego, którym w Polsce jest PSE. W realizowanym obecnie programie dla elektroenergetyki zakłada się podział tej spółki na dwie części. Jedna z nich zajmie się tylko przesyłem, a druga będzie operatorem sieci. Część przesyłowa, lepiej zarabiająca, wejdzie wraz z BOT do Polskiej Grupy Energetycznej. Co się stanie ze spółką - operatorem, jeszcze nie wiadomo. O rozbudowie linii energetycznych program dla branży nie wspomina.