Reklama

Spokojny rekord

Łącząc widoczny brak optymizmu z nowymi rekordami hossy, nie pozostaje nic innego, jak oczekiwać dalszego zarobku posiadaczy długich pozycji. Takie oczekiwanie nie przychodzi jednak łatwo. Jest wiele równie ważnych wątpliwości i argumentów, które skłaniają bardziej do skracania pozycji. Na razie ich zadaniem jest jedynie utrzymanie równowagi umysłu i pomoc, by nie dać się wciągnąć w nastrój euforyczny.

Publikacja: 10.04.2006 09:54

Pierwszy tydzień kwietnia (zarazem nowego kwartału) zakończyliśmy w dobrych nastrojach. Daleko im do nastrojów szampańskich, jakich pojawienie się nie powinno nikogo dziwić, skoro indeksy biją rekordowe wartości. Trwający właśnie post raczej w niewielkim stopniu wpływa na taki stan rzeczy. Rynek wydaje się mieć wiele obaw o przebieg notowań, co wskazują zarówno wskaźniki nastrojów, jak i sama analiza czynników, które mają szansę wpłynąć w najbliższym czasie na poziom cen polskich papierów.

Rezerwa analityków...

Próbując badać nastroje rynkowe, do ciekawych obserwacji można dojść, gdy rzucimy okiem na wyniki ostatniej ankiety, która jest podstawą wyznaczania wskaźnika Wigometr. Okazuje się, że 25 proc. pytanych oczekuje wzrostu, a 35 proc. spadku wartości indeksu WIG20 na koniec przyszłego tygodnia. Stąd wartość Wigometru jest ujemna i wynosi -10 pkt. Ta ujemna wartość, gdy indeks bije rekordy, jest bardzo zastanawiająca. Owszem, co do ruchu wzrostowego można mieć wiele zastrzeżeń, ale tu się nie pyta o ruch w skali miesięcy, ale najbliższych pięciu sesji. Czy faktycznie jest tak źle, że zarządzający - mimo rekordowych wartości indeksu - nie są skłonni do założenia, że wzrost jest bardziej prawdopodobny? Także z punktu widzenia analizy technicznej byki mają przewagę, bo doszło do wybicia się indeksu ponad poziom górnego ograniczenia kanału.

Rezerwa ankietowanych jest widoczna także w czym innym. Zauważmy, że skoro 25 proc. z nich liczy na wzrost, a 35 proc. na spadek, to aż 40 proc. nie jest w stanie określić swojego zdania. Nie mówię tu o zgadywaniu, bo przecież nikt nie zna przyszłości, ale o wyznaczeniu kierunku ruchu cen w tym tygodniu, czyli pokazaniu, która strona gry rynkowej ma większe szanse na sukces. Skąd ta rezerwa w takiej sytuacji? Warto zauważyć, że ma ona miejsce, gdy jeszcze tydzień temu znaczna większość ankietowanych liczyła na spadek indeksu (poprzednia wartość Wigometru wynosiła -58 pkt). Daleki jestem od stwierdzenia, że ankietowani się zawsze mylą, bo Wigometr nie jest dobrym antywskaźnikiem. Są jednak pewne sytuacje, które pozwalają na nieco odważniejsze wnioski. Tak było tydzień temu, gdy Wigometr był bardzo niski, co wprost wynikało z oczekiwań. Wzrost Wigometru w tym tygodniu z -58 pkt. do -10 pkt. nie jest wynikiem przeważających oczekiwań zwyżki cen, ale wycofania się sporej grupy ankietowanych z podjęcia decyzji. Jedynie co czwarty z pytanych liczy na wzrost, co pozwala przypuszczać, że ten wzrost faktycznie ma szansę się pojawić.

...i inwestorów

Reklama
Reklama

Równie ciekawie zachowuje się baza. Fakt wyjścia indeksu ponad poziom górnego ograniczenia kanału spadkowego szczególnie nie zmienił jej wartości. Nadal jest ona ujemna. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę możliwe wypłaty dywidendy, to i tak poziom notowań kontraktów znajduje się pod poziomem wartości teoretycznej. Zatem i "teoretyczna baza" jest ujemna. Gdyby taka sytuacja miała miejsce w zakresie obserwowanego ostatnio kanału, to nikt nie mógłby się temu dziwić. Tym razem taka baza to brak oznak optymizmu w chwili kreślenia przez indeks rekordów, co można odczytać jako rezerwę graczy. Czy wszyscy są tak przebiegli, że nie mają zamiaru się podpinać pod zwyżkę? Skoro mamy tylu sprytnych inwestorów, to kto ostatnio kupował, a zwłaszcza na co ten kupujący liczy? Być może chodzi tylko o wybicie cen poza obszar konsolidacji, by wywołać euforię? Jeśli tak, to na razie się to udaje w połowie.

Blisko 5 proc.

Brak euforii zakupów ma zapewne wiele powodów, z których kilka przewija się w komentarzach. Część z nich stało się jeszcze bardziej wyrazistych w piątkowych notowaniach. Przykładem niech będzie zachowanie cen amerykańskich obligacji skarbowych. Te ponownie spadły, wyciągając jednocześnie rentowność obligacji na poziomy nie widziane od dłuższego czasu. Rentowność obligacji

10-letnich zbliżyła się do poziomu 5 proc. Jeszcze niedawno wydarzeniem było pokonanie bariery 4,7 proc. Chyba każdy już wie, że taka tendencja nie jest dla nas korzystna, gdyż skłania do przeniesienia kapitału z rynków bardziej ryzykownych do tego, który uważany jest za najbardziej bezpieczny.

Odpowiedzią na zwiększenie rentowności papierów w USA jest wzrost rentowności papierów w Polsce. Wprawdzie w Radzie Polityki Pieniężnej dominują gołębie, co pokazał wynik ostatniego głosowania, to już na rynku daje się zauważyć zmianę. Na środowej aukcji sprzedano obligacje z rentownością wyższą od osiągniętej na wcześniejszej aukcji. Obligacje dwuletnie sprzedano z rentownością na poziomie 4,37 proc. Na aukcji, która miała miejsce miesiąc wcześniej, rentowność dwulatek wyniosła 3,975 proc. Tym samym sukces oferty, o jakim trąbiły serwisy, był po prostu związany z niższą ceną, po jakiej sprzedano papiery.

Globalna konkurencja

Reklama
Reklama

o kapitał

Czy to pierwsza oznaka walki o kapitał globalny? Walki, na którą jesteśmy skazani? Problemem Polski jest fakt, że nie możemy sobie pozwolić na odrzucenie kapitału zagranicznego. Trzymanie się własnego poglądu na sprawy rynkowe bez kontekstu zmian, jakie zachodzą na świecie - nie ma sensu. Nawet jak się komuś marzą niskie stopy procentowe, nie może ich na siłę obniżać, bo kapitał zagraniczny nie będzie nami zainteresowany. Nikt nie kupi drogich obligacji, gdy gdzie indziej ma je tańsze.

Krążący po świecie kapitał kieruje się prostą zasadą ryzyko/dochód. Inwestorzy zagraniczni dopuszczają możliwość zaangażowania w bardziej ryzykowne papiery (np. polskie), ale przy odpowiednio większym dochodzie. Jeśli ten dochód będzie za mały, po prostu tych papierów nie kupią. Pokazała to już wspomniana aukcja obligacji. Nie ma się co łudzić, że ktoś będzie kupował polskie papiery na tych samych warunkach, gdy rentowność amerykańskich wzrasta. Różnica stóp procentowych między Polską a USA jest korzystna dla nas jedynie w wartościach nominalnych. W inwestycjach ważniejsza jest wartość realna i tu wychodzi faktyczny poziom ryzyka, jakie jest akceptowane przez inwestorów. Nie wolno tego ignorować.

Koszty dla budżetu

Wzrost rentowności papierów w USA ma szersze skutki niż tylko zmiana cen obligacji u nas. Zmusza ona Skarb Państwa do obsługi zadłużenia na mniej korzystnych warunkach, a tym samym bardziej obciąża budżet. Innymi słowy - pieniądze, które mogłyby iść na inne cele, albo których obecność zmniejszyłaby deficyt budżetowy, będą musiały zostać wydatkowane na wyższy procent dla kupujących polskie obligacje. Każdy wzrost rentowności obligacji przekłada się na konkretną kwotę pieniędzy z budżetu. Kwotę, którą trzeba zapłacić, bo inaczej nikt nie kupi obligacji, a tym samym nie pożyczy pieniędzy na wydatki zapisane w budżecie. To uzależnienie nie jest wygodne, ale przy obecnej strukturze wydatków nie ma innego wyjścia. Na nieszczęście nie zapowiada się, by miała się ona zmienić. Ostatnie propozycje, które płyną z Ministerstwa Finansów, dotyczyły głównie strony dochodowej. Za wydatki nikt się nie chce brać, bo właściwie każda zmiana wymusza podjęcie mało popularnych decyzji, na co obecnie rządzących nie stać. Budowana w ostatnich dniach koalicja PiS i Samoobrony nie tylko nie sprzyja odważnym decyzjom, ale jeszcze rodzi kolejne obawy o dalsze psucie stanu finansów publicznych.

Surowcowe koło ratunkowe

Reklama
Reklama

Pewnym paradoksem jest to, że jedno z zagrożeń dla rynku amerykańskiego, jakim jest wzrost cen surowców, dla nas jest kołem ratunkowym. Wzrost cen ropy naftowej, miedzi czy srebra sprawia, że umacniają się ceny polskich spółek surowcowych. Kto dziś pamięta panikę na papierach KGHM i krzyki o początku bessy? Było, minęło. Teraz mamy nowe rekordy notowań. Problem w tym, że ten wzrost jest możliwy w krótkim terminie. Z czasem przyjdzie za niego zapłacić. Wyższe ceny surowców to napięcia inflacyjne w Polsce, ale i w USA, a zatem i wyższe tamtejsze stopy procentowe, co - jak wiemy - ma bezpośrednie przełożenie na sytuację u nas. Ten mechanizm jest jednak wolniejszy, a więc na razieZachowanie indeksów w ostatnich dniach pozwala na stwierdzenie, że pozytywne czynniki krótkoterminowe przeważają nad tymi mniej sprzyjającymi w dłuższym terminie. Kupujący w chwili, gdy indeks bije rekordy hossy, dają do zrozumienia, że na razie żyją chwilą, a kacem, który z pewnością się pojawi, zbytnio się nie przejmują. Łącząc takie podejście z faktem, że nastroje są dalekie od euforycznych, można oczekiwać dalszej zwyżki cen.

Gdzie szczyt?

Jak daleko rynek jest w stanie wzrosnąć? Zadawanie takiego pytania w czasie hossy jest mało rozsądne, a rzeczą jeszcze mniej rozsądną jest próba odpowiedzi na takie pytanie. Hossa ma swoje prawa, a jednym z podstawowych jest to, że gdy trwa, to nie opory i poziomy możliwe do osiągnięcia są ważne. W czasie wzrostu liczą się sygnały, które mogą świadczyć o jego zakończeniu. Należy się skupić na wsparciach. Jest to mało widowiskowe, ale za to daje nadzieję na podjęcie bardziej racjonalnej decyzji. Ile razy w czasie tej hossy odtrąbiono jej zakończenie? Jak pokazuje ostatni piątek, każde z takich wydarzeń było fałszywe.

Czy tym razem będzie inaczej i ta fala rekordów będzie tą ostatnią? Nie wiem. Porównując zachowanie się rynku w ostatnich dniach z tym, co mieliśmy kilka miesięcy temu, daje się zauważyć wygaśnięcie pewnego wigoru. Wzrost nie przychodzi już tak łatwo. Może to świadczyć o tym, że hossa ma się ku końcowi, ale z pewnością nie pozwala na wyznaczanie prawdopodobnych poziomów jej zakończenia. Obecnie można pokusić się jedynie o stwierdzenie, że wybicie z kanału powinno dać ruch przynajmniej równy wysokości tego kanału. Wynika z tego, że mogą to być okolice 3150 pkt. Czy faktycznie tam dojdziemy, a tym bardziej, czy będzie to już koniec hossy, dowiemy się z opóźnieniem. Pewną wskazówką mogą być nastroje, które w chwili kreślenia szczytu powinny być optymistyczne. Na razie do optymizmu nam daleko. Łącząc ten brak optymizmu z nowymi rekordami hossy, nie sposób zakończyć wnioskiem, że posiadacze długich pozycji mają w tej chwili nieco więcej szans na zyski. Nie jest to łatwy wniosek, mając w głowie wiele poważnych wątpliwości i argumentów, które skłaniają bardziej do skracania pozycji. Z rynkiem jednak walczyć nie należy. W tej chwili wygląda na to, że ten ma szansę poprawić wartości z ubiegłego tygodnia.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama