Reklama

Wiarygodność ważniejsza niż data

Z Jarosławem Pietrasem, wiceministrem finansów, rozmawia Konrad Krasuski

Publikacja: 19.04.2006 08:24

Wprowadzał pan Polskę do Unii Europejskiej. Teraz czas na wprowadzenie kraju do strefy euro?

To byłoby chyba konsekwentne... Mówiąc jak najbardziej poważnie: w najbliższym czasie są dwie europejskie sprawy istotne dla Polski. Wprawdzie po zakończeniu negocjacji nad perspektywą finansową mamy ustalone ramy funkcjonowania w Unii do roku 2013, ale w latach 2008-2010 czeka nas przegląd polityki europejskiej. Ważne więc, aby Polska odegrała istotną rolę w tej debacie. Drugą sprawą jest kwestia polskiego udziału w strefie euro. Owa konsekwencja polega na tym, aby pracując nad sprawami europejskimi trafić także do resortu, w którym będą zapadać decyzje o przyjęciu europejskiej waluty.

Jako szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej był Pan wyraźnym zwolennikiem przyjęcia europejskiej waluty. Do tej pory Ministerstwo Finansów unikało jednak podania daty, kiedy to nastąpi. Czy Pana przyjście do resortu sprawi, że strategia wejścia do strefy euro będzie wreszcie bardziej precyzyjna?

Przypominam, że decyzję o przystąpieniu do strefy euro podjęliśmy podpisując traktat akcesyjny. Jest tylko pytanie, w jaki sposób zrealizować nasze zobowiązania. Są dwie "szkoły". Pierwsza polega na ustaleniu daty i na wyznaczeniu ścieżki dojścia. Druga jest odwrotna - polega na tym, że idziemy pewną ścieżką, dochodzimy do kluczowych punktów i wówczas podejmujemy decyzje, jak postąpić. Bez ustalania końcowej daty.

W mojej ocenie, podstawowym problemem nie jest kształtowanie się inflacji w Polsce ani długookresowych stóp procentowych. Nie chodzi też o dług publiczny i w konsekwencji najpoważniejszy element - poziom deficytu. Nad tym jesteśmy w stanie zapanować. Dla naszych zewnętrznych partnerów ważniejsze jest to, żeby dochodzenie do euro było procesem wiarygodnym, żeby wiedzieli, że posuwamy się po ustalonej drodze. Gdybyśmy w tej chwili rozpoczęli od podania daty wejścia do strefy euro, wywołalibyśmy tym spór w Polsce, niepotrzebnie angażujący energię ludzi do obrony lub przesuwania tej daty. Nie zyskaliśmy na wiarygodności u naszych partnerów na zewnątrz.

Reklama
Reklama

Jak rozumiem, jest Pan zwolennikiem drugiego wariantu?

Najważniejsze, aby proces dochodzenia do euro był wiarygodny.

Ostatnie wydarzenia pokazują, że to się nie udaje. Unijny komisarz ds. polityki gospodarczej i pieniężnej Joaquín Almunia wyraźnie powiedział, że polski program konwergencji wcale go nie satysfakcjonuje.

Dlatego też trzeba prowadzić wiarygodną politykę. Gdybyśmy nawet wyznaczyli jakiś termin "X" i określili ścieżkę dojścia, to musimy jeszcze udowodnić, że to będzie możliwe. Sądzę - i w taki sposób odczytuję wypowiedzi premiera - że znacznie ważniejsza jest czytelna polityka. Trzeba prowadzić rozmowy z Unią i pokazywać, że przestrzegamy zobowiązań wynikających z traktatu akcesyjnego. M.in. po to pani premier Gilowska przedstawiła projekt zmian podatkowych. Po to przedstawiła projekt dotyczący finansów publicznych, aby Bruksela widziała, że wprowadzamy reformy.

Większość nowych krajów członkowskich przedstawiła datę wejścia do strefy euro, Polska nie. Czy w takiej sytuacji możemy w ogóle być wiarygodni?

Szwedzi również przedstawiali datę przystąpienia do euro, a unijnej waluty nie przyjęli. Polska przygotowała kiedyś strategię dojścia do euro w 2006 r. Data ta mija i nie zanosi się na sukces. Węgrzy wyznaczyli swoją datę, a mają tak wysoki deficyt, że nie wiadomo, jak długo to jeszcze potrwa. Litwa miała bardzo ambitną strategię, a ma bardzo wysoką inflację.

Reklama
Reklama

Otóż nie ma nigdzie wymogu, że musimy konkretnie powiedzieć, w którym roku przyjmiemy euro. Przyjęcie tej waluty wynika z możliwości wypełnienia Traktatu z Maastricht. Dla Komisji Europejskiej ustalenie docelowej daty jest elementem potwierdzenia czytelności polityki danego kraju. Ale w mojej ocenie, samo wskazanie terminu wcale nie pomoże, jeśli termin ów stanie się tylko punktem spornym w debacie politycznej.Zapominamy, że przystąpienie do strefy euro nie jest celem samym w sobie. Celem jest prowadzenie takiej polityki gospodarczej, która zapewni wzrost konkurencyjności polskiej gospodarki. Przyjęcie euro zmniejsza wprawdzie wiele kosztów dla przedsiębiorstw, jak m.in. ryzyko kursowe - i tym samym jest korzystne dla gospodarki. Warto jednak przypomnieć, że dzięki mechanizmowi kursowemu gospodarka szybciej dostosowuje się do zmieniającej sytuacji. W innym wypadku na wszelkie zaburzenia reaguje ona zmianą innych parametrów, np. poziomu inflacji.

Moment usztywnienia kursu jest więc zależny nie od tego, czy wypełnimy kryteria z Maastricht w sensie formalnym, ale od tego, czy gospodarka jest na tyle wewnętrznie zrównoważona, że mechanizm inny niż dostosowania kursowe jest wystarczający.

Przyznał Pan, że ustalenie daty wejścia do strefy euro jest czynnikiem "dyscyplinującym". Teraz politycy mają duże zapędy do rozdawnictwa, do zwiększania wydatków socjalnych. Czy nie byłoby lepiej, aby taką dyscyplinę narzucić?

Niezależnie od wejścia do strefy euro Polska jest członkiem Unii Gospodarczo-Walutowej i obowiązuje nas pewna dyscyplina. Jesteśmy w procedurze nadmiernego deficytu. Jeśli nie będziemy prowadzić odpowiedzialnej polityki gospodarczej, to w którymś momencie, niezależnie od tego, czy mamy euro czy nie, grozi nam pogorszenie sytuacji gospodarczej, czy w końcu utrata funduszy unijnych.

Załóżmy, że rząd dotrwa do końca kadencji, a więc do drugiej połowy 2009 r. Czy uda się Panu wprowadzić Polskę przynajmniej do ERM2?

Dużo ważniejsze jest dla mnie prowadzenie takiej polityki, abyśmy mogli wypełnić kryteria z Maastricht.

Reklama
Reklama

I nie ma Pan ambicji co do euro?

Nie, nie mam emocjonalnego stosunku do euro, lecz do dobrej polityki gospodarczej. Wszystko będzie zależeć od postępu realizacji programu konwergencji.

Rynki sądzą, że nieprzypadkowo wicepremier Gilowska zaprosiła Pana do resortu. Spekuluje się, że dzięki Pana rozległym kontaktom przekona Pan Brukselę, aby nie zaliczała do polskiego deficytu kosztów naszej reformy emerytalnej, a więc transferów do Otwartych Funduszy Emerytalnych. Wtedy spełnienie kryteriów z Maastricht byłoby o wiele łatwiejsze.

Niewątpliwie pani premier chodziło o to, aby łatwiej było poruszać się po różnych instytucjach brukselskich. Nie da się jednak łatwo rozwiązać rzeczy tak złożonych, jak kwestia OFE. Na wiosennym szczycie Unii w 2005 r. Polska zaaprobowała reformę Paktu Stabilności i Wzrostu i ustalenia, w których znalazło się odniesienie do OFE. Nikogo w Europie nie interesuje, że to był inny rząd. I wydaje się, że nie ma w tej chwili chętnych do powtórnego "zabrania się" za Pakt.

W moim przekonaniu nadal powinniśmy jednak zbierać argumenty i docierać z nimi do naszych partnerów. Widzę wiele innych państw w UE, które stoją przed wymogiem reformy swoich systemów emerytalnych. Może się więc w przyszłości okazać, że liczba zwolenników innego traktowania kosztów takiej reformy będzie większa i łatwiej będzie się nam przebić z argumentami.

Reklama
Reklama

Odnoszę wrażenie, że ma Pan nadzieję, iż wymogi fiskalne stawiane członkom Unii Europejskiej zostaną złagodzone jeszcze przed 2009 r., czyli przed momentem, kiedy do deficytu będziemy wliczać pełne koszty reformy emerytalnej. Innymi słowy: wystarczy, żebyśmy byli cierpliwi i nic się nam nie stanie...

Nie sądzę, że w tak krótkim okresie nastąpią zmiany w Pakcie. Nie wiążę tego z perspektywą roku, w którym przystąpimy do strefy euro. Może to przecież stać się później.

Wicepremier Zyta Gilowska zapowiedziała, że przekażemy do Brukseli poprawki programu konwergencji. Co będą zawierać?

Poprawki wynikają z oceny aktualizacji programu konwergencji przez Komisję Europejską. Ta zawierała dwie ważne rekomendacje, do których musimy się ustosunkować.

Komisja zakwestionowała prognozę tempa wzrostu PKB i przypomniała, że nawet w 2009 r. deficyt Polski nie będzie na właściwym poziomie. Jaki będzie wpływ reReformy te wymagają jeszcze dyskusji, domknięcia i sprawdzenia wszystkich konsekwencji dla budżetu państwa. Dopiero po przyjęciu ich przez rząd będzie można coś z większą pewnością powiedzieć. Tu chodzi o naszą wiarygodność. Nie powinniśmy prezentować Brukseli zamiarów, których nie będziemy potem w stanie zrealizować. Oczywiście, można potem się tłumaczyć: chcieliśmy dobrze, ale np. Sejm, Senat czy Trybunał Konstytucyjny lub ktokolwiek inny nam na to nie pozwolił. Ale w oczach Unii zarówno Sejm, jak i rząd to jedna i ta sama Polska.

Reklama
Reklama

Konkretnie: czy planujecie zmianę ścieżki redukcji deficytu?

Przedstawimy prognozy deficytu w dłuższym horyzoncie czasowym. Sądzę jednak, że prawdziwa dyskusja z Komisją zacznie się w czerwcu, w momencie akceptowania założeń makroekonomicznych do budżetu. Ważny będzie również sam kształt budżetu przygotowywany wczesną jesienią.

Czyżby miał Pan sygnały z Brukseli, że właśnie na budżet na 2007 r. zwróci ona szczególną uwagę?

To jest oczywiste. Tam znajdzie się potwierdzenie sposobu myślenia prezentowanego w programie konwergencji. Budżet zawiera prognozę na trzy lata. Dla nas są one kluczowe.

Pana kompetencje to także nadzór nad Departamentem Instytucji Finansowych. Co Pan sądzi o kontrowersyjnym pomyśle powołania Komisji Nadzoru Finansowego?

Reklama
Reklama

Przypomnę, że do tej pory brałem udział w ocenie połączonego nadzoru, ale dość jednowymiarowo - tzn. sprawdzałem, jakie są europejskie wymogi. Podstawowym zaleceniem Unii jest, aby był to nadzór, który sprawnie działa. Ponieważ sprawa dotyczy stabilności sektora finansów publicznych minister finansów, zgodnie z sugestią Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, przedłożył projekt ustawy do oceny przez Europejski Bank Centralny. EBC wskazał na kilka kwestii, które powodują powiększenie ryzyka. Potwierdził jednak, że tak naprawdę model przyjętych rozwiązań zależy od poszczególnych państw członkowskich.

W końcu Polska postawiła na model kolegialny z silną pozycją przewodniczącego...

Element kolegialności był akcentowany w opinii EBC. Dla mnie ważne jest, że w Europie mamy dowolność modelu. Na rządowym etapie sprawa została zakończona, w związku z tym teraz projekt jest w rękach parlamentu.

Czy Pan zamierza bronić w Sejmie wszystkich zapisów ustawy?

Prezentując projekt minister finansów realizuje stanowisko rządowe, czyli będzie tego projektu bronić.

Po Cezarym Mechu objął Pan także nadzór nad Departamentem Należności i Zobowiązań Finansowych. Czy ma Pan już wizję, jaka powinna być proporcja długu krajowego i zagranicznego?

Jestem chyba najstarszym uczestnikiem emisji polskich obligacji za granicą, choć w funkcji pomocniczej. Tu nie można robić gwałtownych ruchów. Popatrzmy na zewnętrzne parametry: musimy uwzględniać relację między stopami procentowymi w Polsce a stopami za granicą. Te zaś bardzo wyrównały się w porównaniu z tym, co było jeszcze kilka lat wcześniej. Musimy też popatrzeć na przewidywane kierunki zmian kursowych, a także na potrzeby pożyczkowe. Pamiętajmy, że istnieje porozumienie z Narodowym Bankiem Polskim co do możliwości sprzedaży poprzez NBP pewnej liczby dewiz. To wszystko wymaga przemyślenia.

Dziękuję za rozmowę.

Perspektywa finansowa

Szefowie państw UE zgodzili się w grudniu 2005 r., że budżet Unii na lata 2007-2013 wyniesie 862,4 mld euro. Polsce przypadło 91 mld euro. Na początku kwietnia, po konsultacjach z Parlamentem Europejskim, zdecydowano o powiększeniu budżetu UE o 4 mld euro.

Program konwergencji

Dokument zawierający

trzyletnią prognozę rozwoju gospodarczego i stanu finansów państwa, przedstawiany corocznie Komisji Europejskiej przez wszystkie kraje członkowskie.

Europejski Mechanizm Kursowy 2

ERM2 obowiązuje kraj członkowski w okresie przynajmniej dwóch lat przed przyjęciem euro. Polega na powiązaniu kursu własnej waluty z euro, z możliwymi odchyleniami. Do tej pory stosowano zwykle pasmo

Procedura

nadmiernego deficytu

Określa działania naprawcze w przypadku, gdy deficyt danego państwa przekracza 3 proc. PKB. Komisja Europejska zaczyna od wydania zaleceń, w skrajnych przypadkach możliwe są kary finansowe i utrata funduszy unijnych.

Ścieżka redukcji deficytu

Aktualny polski program konwergencji zakłada, że

w 2008 r. deficyt budżetowy wyniesie 3,7 proc. PKB - jeżeli wliczać w niego koszty reformy emerytalnej; lub 1,9 proc. PKB, jeżeli koszty te nie są

wliczane.

Jarosław Pietras

(51 lat) od 1 kwietnia jest sekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów w miejsce odwołanego Cezarego Mecha. W resorcie odpowiada za zarządzanie długiem państwa, nadzór nad instytucjami finansowymi, a także za Departament Polityki Finansowej, Analiz i Statystyki.

Do MF J. Pietras przyszedł prosto z Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, którego pracami kierował od maja 2004 r. W ub.r. odpowiadał m.in. za przygotowanie rządu do negocjacji budżetowych w Brukseli. W latach 1997-2004 był zastępcą ówczesnej szefowej UKIE, Danuty Huebner. Negocjował nie tylko przyjęcie Polski do Unii Europejskiej, ale także do Światowej Organizacji Handlu.

Akademik, dr na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie wykładał m.in. międzynarodową integrację gospodarczą. Stypendysta Fundacji Fulbrighta, pracował również jako ekspert Banku Światowego. W marcu br. za "wkład w poszerzenie UE" otrzymał najwyższe francuskie odznaczenie - Order Oficera Legii Honorowej.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama