Trudno byłoby nie zgodzić się z diagnozą, że rządząca partia skupia się w pierwszej kolejności na prawie i sprawiedliwości pozostawiając gospodarkę w dalszym tle. Przejawów takiego stanu rzeczy jest wiele.
W "Programie 2005" PiS gospodarce poświęcił jedną siódmą objętości. Według skarbnika i doradcy gospodarczego partii, przewodniczący "jest bardzo znudzony" wywodami na temat gospodarki. Prezydent nie mianował przez cztery miesiące swojego doradcy do spraw gospodarczych, są natomiast doradcy do spraw zdrowia, nauki i samorządu, ostatnio także do spraw politycznych. Premier ma opinię zdolnego, aczkolwiek zaledwie przyuczonego ekonomisty. Przez lata wykonywał zawód nauczyciela fizyki.
Jestem zdania, że fizycy, matematycy i astronomowie, którzy zajmują się gospodarką mają problemy z właściwym zrozumieniem natury procesów gospodarczych. Zbyt często traktują gospodarkę jakby była urządzeniem mechanicznym, a nie organizmem społecznym. Różnica leży w tym, że w różnych sytuacjach gospodarka reaguje inaczej na takie same instrumenty polityki gospodarczej, podczas gdy mechanizmy na ogół zawsze tak samo na stosowane wobec nich instrumenty.
W Radzie Ministrów brak jest ekonomistów z rządowym doświadczeniem, a co gorsza, nie ma w nim silnych osobowości będących w stanie narzucić swoje wizje rozwojowe, takich jak Balcerowicz, Kołodko czy Hausner. Ministrowie z resortów gospodarczych stosunkowo rzadko wypowiadają się publicznie i wypadają blado. Wyjątek stanowi minister finansów i jeden z wiceministrów skarbu.
Program gospodarczy rządzącej partii politycznej jest w gruncie rzeczy manifestem, deklaracją dobrej woli, a nie spójnym dokumentem strategicznym. Przez dokument przewija się brak strategicznej wizji gospodarczej, a realizacja centralnego hasła "rozwój przez promocję zatrudnienia" przewiduje serię doraźnych zabiegów w miejsce zdecydowanych działań systemowych.