Spotykamy się czasem ze znajomymi i uprawiamy inwestycyjne pisanie palcem po mapie, którą jest tablica notowań. Kursy idą na zieloną północ, i idą też na czerwone południe. W swoich dalekosiężnych planach kupujemy na długo i sprzedajemy na krótko. Czasem są to całe firmy - przejmujemy je i zastanawiamy się, jak powinna wyglądać ich restrukturyzacja. Dzielimy je, zmieniamy ich zarządy i zastanawiamy się, jak prowadzilibyśmy dany biznes. Zdarzają się też dyskusje poświęcone ogólnej inżynierii finansowej - omawiane są rożne możliwości inwestycyjne. Bezpieczne i jednocześnie zyskowne.
Kiedy ostatnio odbyła się taka dyskusja, rozmawialiśmy o różnych możliwościach arbitrażu. Nie ma na naszym rynku zbyt wielu okazji, dlatego tym, które są, należy się skwapliwie przyglądać. Pierwsza połowa roku to tradycyjny czas dywidend. Tu arbitraż umożliwia dobrze dobrana krótka pozycja na kontraktach terminowych na akcje i odpowiednio dopasowany pakiet akcji samej spółki. Oczywiście, wybieramy taką spółkę, która wypłaca znaczną dywidendę. W przyszłości do modeli można będzie jeszcze włączyć opcje, ale trzeba trochę poczekać - rynek staje się coraz bardziej płynny.
Dyskusja tyczyła tego, czy lepiej kupić odpowiednio wcześniej pakiet różnych akcji i sprzedać w tym samym czasie kontrakty na indeks WIG20. To pozwala zwiększyć płynność (i zoptymalizować cenę) samego kontraktu. Dużą przeszkodą jest jednak koszt replikacji indeksu (szczególnie przy obecnych cenach akcji). Mogą na to pozwolić sobie "koszykarze". Inwestorowi indywidualnemu jest dużo trudniej. Może więc lepiej zainteresować się jedną spółką. Tu jednak liczba kontraktów jest ograniczona, a i nie wszystkie spółki płacą sowitą dywidendę.
Zastanawialiśmy się nad tym, na ile rynek się "uczy" i czy w bieżącym roku tego typu arbitraż będzie możliwy czy też nie. To ostatnie oznacza, że okaże się rynkiem efektywnym. Szacowaliśmy też - jaką stopę zwrotu można uzyskać z tak przeprowadzonej operacji. Uznaliśmy, że powinno to być ok. 3 proc. do czasu wygaśnięcia kontraktu - w tym dniu sprzedamy też akcje. Z tym że do czasu wygaśnięcia w czerwcu serii FxxxM6 prawo do dywidendy może nie zostać przyznane. I może lepszy jest wygasający we wrześniu kontrakt FxxxU6. To jednak wydłuża czas całej operacji i powoduje, że stopa zwrotu jest mniej interesująca. W tym czasie do dyskusji przyłączył się jeszcze jeden kolega. Trzy procent w cztery miesiące? Powariowaliście! - zapytał i użył jeszcze innych zwrotów. To bezpieczna inwestycja, a ryzyko jest minimalne - odpowiedziałem. Usłyszałem, że tyle to on dziennie zarabia, i jest to akceptowalne minimum.
I wówczas coś mi się przypomniało. Coś z przeszłości. To wszystko już było - pomyślałem. Na początku 1994 roku mój pracownik stwierdził, że zarabia na giełdzie 9-10 proc. tygodniowo i nie ma teraz czasu na pracę. Rozmawialiśmy dużo - zwracałem mu uwagę na to, że trudno jest utrzymywać się z samej giełdy - jeżeli nie dysponuje się odpowiednim kapitałem. A w szczególności, gdy nie jest się rentierem. Tłumaczyłem, że giełda to nie tylko hossa, ale i bessa, i że warto zająć się jakąś pracą, tak aby uzyskać środki na bieżące wydatki (teraz mówi się "na waciki").