Są takie tygodnie w roku, gdy z założenia nie oczekuje się fajerwerków, bo wiadomo, że aktywność graczy będzie niewielka, a tym samym zmiany cen mało wiarygodne. Jednym w takich tygodni jest weekend majowy, czyli okolice 1 i 3 maja. Właśnie z tego powodu przed wczorajszą sesją nie można było na wiele liczyć. A jednak okazało się, że rynek nas nie zanudził. Zmiana cen była spora i co ważniejsze dokonała się przy przyzwoitym obrocie.
Ceny zanotowały wzrost, co nie powinno dziwić, zważywszy na kierunek i fazę panującego na rynku trendu. Odbył się on w dwóch odsłonach. Najpierw mieliśmy do czynienia z poranną krótką zwyżką, która zamieniła się w południową konsolidację. Właśnie to, że była to tylko konsolidacja, a nie głębsza korekta sprawiło, że należało oczekiwać dalszego wzrostu. Ten pojawił się w drugiej części sesji. Ostatnia godzina notowań przyniosła nowe sesyjne maksima cen kontraktów. Do stylu tego końcowego wzrostu można się trochę przyczepić, ale gdy mamy hossę, szukanie słabych technicznych punktów wzrostu może być niebezpieczne. Skłania do prób walki z trendem, co z pewnością nie należy do najlepszych pomysłów.
Wczorajsza dobra końcówka miała miejsce po publikacji danych o wyższym niż oczekiwano wzroście kosztów zatrudnienia w I kw. 2006 r. w USA. Dane te są o tyle ciekawe, że jutro poznamy raport o stanie rynku pracy. Gdyby odczyt okazał się dobry, to szybko dojdą do głosu opinie, że na rynku pracy pojawiają się napięcia inflacyjne, a to mogłoby spowodować zwiększenie oczekiwań na kolejną podwyżkę stóp już po majowym posiedzeniu FOMC (tu podwyżka jest przez rynek uznana za pewną). To są jednak tematy, które naszych inwestorów w tej chwili nie interesują. Hossa rządzi się swoimi prawami, a jednym z nich jest ignorowanie zagrożeń.