Ile razy cała Polska przegląda nerwowo kalendarze, a następnie z ulgą stwierdza, że znów dzięki pomyślnemu układowi świąt pierwszego i trzeciego maja mamy możliwość zrobienia sobie superdługiego i beztroskiego weekendu, jak bumerang wraca to samo pytanie: a co z gospodarką? Czy fakt, że praca w większości firm i instytucji praktycznie na tydzień zamiera, odbija się na tempie wzrostu produkcji i PKB?
Zasadniczo rzecz biorąc, spierają się w tej sprawie w Polsce dwie szkoły myślenia. Jedni wskazują, że rezygnacja z trzech dni pracy to obniżenie czasu faktycznie przepracowanego o ponad 1 proc. w skali roku. Nie ma cudów. Skoro niemal wszystkie firmy pracują o 3 dni krócej, to również produkcja będzie o ponad 1 proc. niższa, niż gdyby wszyscy te trzy dni przepracowali. A to oznacza niższy wzrost PKB. Nic to, że ludzie tak czy owak owe urlopowe dni kiedyś by sobie odebrali. Jest zasadnicza różnica między sytuacją, kiedy firma pracuje (z niewielką częścią załogi na urlopie), a sytuacją kiedy staje, bo wszyscy naraz pojechali na tygodniowe wakacje. Zwłaszcza że po tygodniowej przerwie niełatwo na nowo zorganizować pracę. Surowi ekonomiści "strony podażowej" gospodarki mówią więc: majowe długie weekendy to luksus, na który nasz kraj nie może sobie pozwolić.
Z takim postawieniem sprawy nie zgadzają się jednak ekonomiści "strony popytowej", uważający "podażowców" za relikt komunistycznej przeszłości. Wskazują oni na fakt, że w gospodarce rynkowej o produkcji decydują głównie możliwości zbytu. Większość firm w normalny dzień pracy nie produkuje wcale maksimum tego, co by mogła. Jeśli tylko jest zapotrzebowanie na produkty wytwarzane przez firmę, to po powrocie z tygodniowego, majowego urlopu wypoczęci pracownicy zakaszą rękawy i wyprodukują w ciągu kilku dni tyle, że zaspokoją cały popyt - i ten, który skumulował się przez kilka dni powszechnego lenistwa, i ten, który powstaje na bieżąco. Innymi słowy, żadnych strat PKB nie ma - jest tylko lepsze wykorzystanie czasu pracy załogi.
Z tym drugim stanowiskiem zgodzą się oczywiście ochoczo związki zawodowe, jak również większość Polaków. Rozumowanie to brzmi logicznie - ma jednak także swoje słabe strony. Nie wszystkie firmy mogą odpracować w przyszłym tygodniu to, co należało zrobić w tym. W niektórych zakładach pracuje się pełną parą, a niewykorzystaną szansę ulokowania na rynku własnych wyrobów bezlitośnie wykorzystują krajowi i zagraniczni konkurenci. W małych firmach, zwłaszcza usługowych, popyt niezrealizowany 2 maja wcale nie musi się pojawić tydzień później. Słowem, ani jedno rozumowanie, ani drugie nie jest bez zarzutu.
Prawda o gospodarczych konsekwencjach długich majowych weekendów jest jednak chyba jeszcze inna - i nie rozwiążą tej zagadki niekończące się spory "podażowców" i "popytowców".