Newsletter Sentiment Index (HSNSI), który jest indeksem nastroju obliczanym
na podstawie 160 biuletynów inwestycyjnych w USA. Analitycy w ostatnim
tygodniu byli mniej optymistycznie nastawieni do rynku akcji niż w
listopadzie zeszłego roku, gdy Dow Jones był prawie 1000 pkt. niżej. W
czwartek HSNSI wynosił zaledwie 38,1%. W odniesieniu do ostatniego marcowego
szczytu hossy było to aż 22,7% niżej (czytaj - mniej analityków zaleca w
biuletynach kupno akcji). Tak właśnie wygląda idealna "ściana strachu".
Gdyby nie te nastroje, to interpretacja piątkowych danych z rynku pracy
byłaby zapewne nieco inna. Liczba miejsc pracy w sektorach pozarolniczych
miała wynieść w kwietniu 200-210k a faktycznie było tylko 138k. Bardzo duże
rozczarowanie, którego nie uwzględniały najbardziej pesymistyczne (165k)
prognozy. Do tego dane za marzec zrewidowano w dół aż o 36k. Reakcją w
piątek był wzrost Dow Jones aż o 138 pkt. Oczywiście impulsem do zakupów nie
był wolniejszy rozwój gospodarki/słabsza kondycja rynku pracy, ale
oddalająca się perspektywa dalszych podwyżek stóp procentowych. Warto jednak
w tym miejscu zwrócić uwagę na kilka innych danych, które w tym tygodniu
przeszły bez większego echa. Nie są tak medialne jak Nonfarm Payrolls, a
mogą mieć spore znaczenie w dłuższym terminie.
Napięcia inflacyjne pokazała poniedziałkowa publikacja dap ponad poziom 5.0%. Ten sam
subindeks w indeksie ISM dla usług wzrósł z 60,5 do 70,5, a sam indeks
zamiast spaść z 60,5 do 59,4 wyniósł 63 pkt. Zamówienia w przemyśle miały
wzrosnąć +3,7% a było +4,2%. To kolejne argumenty przemawiające za
kontynuowaniem zaostrzania polityki monetarnej w USA. Piątkowe dane o
dynamice płac pokazały wzrost najwyższy od sierpnia 2001 r. (+0,5% wobec
oczekiwanych +0,3% w kwietniu), a dzień wcześniej podano, że koszty pracy
wzrosły aż 2,5% w pierwszym kwartale (3,0% w czwartym), czyli dwukrotnie
powyżej oczekiwań. Koszty pracy stanowią prawie 2/3 kosztów firm i można się
zastanawiać, czy bardziej firmy zaboli droższa ropa/surowce, czy wyższe
koszty pracy. Po części neutralizuje to wszystko wzrost wydajności pracy,
ale nie usprawiedliwia to całkowitego ignorowania takich sygnałów napięć
inflacyjnych.
Przestrzegam przed tym, bo inwestorzy mogą w tym tygodniu o tym wszystkim
sobie przypomnieć, gdyby zobaczyli rozczarowujący komunikat po posiedzeniu
FOMC, który poznamy w tą środę o 20:15. Ben Bernanke może chcieć
zaakcentować możliwość dalszych podwyżek stóp, co rynki na pewno mocno
rozczaruje. Próbkę reakcji widzieliśmy 1 maja, gdy CNBC "tłumaczyło" poglądy
Bernanke, który nie chciał zapowiadać końca cyklu podwyżek, a jedynie
"stworzyć możliwość dla Fed". Ja przed tą środę mam wiele obaw i uważam, że
rynki trochę na wyrost zdyskontowały brak dalszych podwyżek w USA, a to
stwarza spore ryzyko rozczarowania w środę wieczorem i negatywnej reakcji
zarówno indeksów, jak i rynku obligacji (dalszy wzrost rentowności).
Oczywiście z punktu widzenia GPW w krótkim terminie liczą się jedynie
przepływu kapitałów i ceny miedzi, więc teoretycznie powyższe zagrożenia
inwestorzy mogą zignorować, tak jak typowe dla hossy jest ignorowanie
negatywnych informacji, czy też tylko samych zagrożeń. Lepiej to jednak
wiedzieć, by nie pytać potem dlaczego nagle indeksy zaczęły spadać.
Na razie absolutnie spadać nie chcą aktywa zachodnich funduszy
inwestycyjnych lokujących środki na emerging markets. W ostatnim tygodniu
kwietnia do funduszy inwestujących w aktywa z emerging markets trafiło
kolejne ponad 2 mld USD, czyli najwięcej od przełomu lutego i marca. Danych
za ostatni tydzień jeszcze nie mam. Rodzime TFI też puchną od nowych
środków. Efekty tego widać było na ostatnich dwóch sesjach, gdy
zniecierpliwienie dużego kapitału zerwało z tradycją spokojnych skróconych
tygodni i wyczekiwania na publikację wyników najważniejszych spółek
demonstracyjnie pokazując nadmiar gotówki na rynku.
A czekać było na co, bo w piątek po sesji wyniki podała KGHM, w najbliższy
czwartek chwalić się będzie m.in. Agora (choć tutaj "chwalić się" to chyba
mało trafne określenie), BPH i Pekao. W piątek TPS i PKO BP, a w następny
poniedziałek (15 maja) praktycznie kończące sezon wyników Lotos, PKN i
PGNiG. Tylko te wymienione spółki to przy dzisiejszych kursach ponad 60%
WIG20, plus do tego oczywiście KGHM mająca 15% udział, ale kilkukrotnie
większe znaczenie jeśli chodzi o kreowanie nastrojów na rynku. Wyniki KGHM
już znamy i w każdym aspekcie były powyżej rynkowego konsensusu. To jednak
spółka bardzo specyficzna i należy tutaj przypomnieć co pisałem w piątek.
Wyniki KGHM to już historia i giełda dyskontuje przyszłość, a ta akurat w
przypadku tej spółki może być bardzo bardzo zmienna. Nikt już chyba nie
odważy się prognozować cen miedzi. Spirala wzrostu cen tego surowca zarówno
może doprowadzić nas do jakiś absurdalnych poziomów, jak i z dnia na dzień,
co ostatnio pokazał przykład srebra, ulec gwałtownemu załamaniu z byle
powodów. W takim otoczeniu dla kursu KGHM yty hossy. Ale nic więcej - tylko nastroje i szybko wrócimy do
naśladowania cen miedzi. Trwalsza reakcja na niespodzianki w wynikach będzie
dotyczyła dopiero pozostałych spółek.
Jakieś prognozy na najbliższe tygodnie ? Retoryczne pytanie. Po pierwsze -
przy takiej sile trendu wyznaczanie szczytu byłoby co najmniej niepoważnym
podejściem do giełdy. Po drugie - przy takim uzależnieniu GPW od cen miedzi
i globalnych funduszy (dających impuls pozostałym grupom inwestorów) analiza
fundamentalna coraz częściej ustępuje emocjom tłumu i wpływom pojedynczych
wydarzeń. Nie pozostaje nic innego jak zakładać kontynuację tego ruchu,
mając jednocześnie świadomość rosnącego ryzyka. Na tym etapie hossy nie
można reagować na same zagrożenia, ale dopiero na ewentualne ich
odzwierciedlenie w zachowaniu rynku.
[email protected]