Począwszy od 1997 r., kiedy razem z Andrzejem Mierzwą i Wojciechem Misiągiem przedstawiła Pani koncepcję reformy finansów publicznych.
No i projekt ustawy jest.
I liczy Pani, że nagle teraz owa najlepsza koncepcja zdobędzie szybką akceptację?
Jak to szybką?! Te słowa powtarzam od 1997 r., a więc po dziewięciu latach uporczywej pracy i zabiegania o poparcie znowu dojrzałam szansę na uchwalenie tego projektu. Po tylu latach nie ma mowy o wielkim sukcesie, zwłaszcza że opór będzie równie potężny.
Jaka będzie Pani odpowiedę?
Dysponuję licznymi, racjonalnymi argumentami, które będę przy każdej możliwej okazji przedstawiać. Jeśli te koncepcje nie uzyskają poparcia, to nie uda mi się po raz czwarty. Trudno, to będzie oznaczało, iż Polacy nie chcą reformy finansów publicznych, ponieważ nie sposób sobie wyobrazić reformy, która nie naruszy interesów żadnej grupy. Obrona status quo sprawi, że po 16 latach od rozpoczęciu transformacji nasze finanse utkwią w socjalizmie na amen. Jeżeli Polacy tego oczekują, to jedna osoba, nawet bardzo wytrwała, nic nie może poradzić.
Specjaliści podkreślają, że przy reformie finansów najważniejsze jest prezentowanie działań osłonowych. Prace resortu zdają się temu zaprzeczać.
Nic podobnego. Pierwsza odsłona reformy podatkowej nastąpiła 11 lutego br., druga 31 marca, tydzień później publiczna prezentacja założeń, a także szczegółów projektu ustawy o finansach publicznych. Dłużej nie można było czekać. Przecież obowiązuje harmonogram prac budżetowych. A musimy uzyskać pewność co do tych projektów, zanim przystąpimy do rozpisywania szczegółów projektu ustawy budżetowej na 2007 r.
Trudno mówić o udanej sekwencji zdarzeń, gdy wiceminister finansów - motor reform podatkowych - podaje się do dymisji.
A to niebanalna teza! Widocznie jestem w błędzie, bo uważam, że motorem reform jest minister finansów i że to on odpowiada za przedłożenGdyby było inaczej, minister byłby zbędny.
Co zatem się stało, że lista kilkudziesięciu zmian podatkowych, przygotowanych przez zespoły doradców wiceministra Mirosława Barszcza, przeobraziła się w listę kilkunastu propozycji resortu?
Nic podobnego. Lista kilkuset zmian podatkowych stała się listą stu kilkudziesięciu zmian podatkowych. To nie doradcy odpowiadają za finanse państwa polskiego i nie doradcy składają ślubowanie dbałości o dobro ojczyzny i pomyślność obywateli. A także nie liczni komentatorzy i eksperci. Za państwo odpowiadają organy konstytucyjne, każdy wedle kompetencji. To proste. Na dodatek osobiście nie jestem rewolucjonistką. Ani z zawodu, ani z charakteru.
Innymi słowy: ten zestaw zmian, który został przedstawiony, jest najlepszym na dzisiaj pakietem reform, jakie można zaproponować przedsiębiorcom?
Jest pakietem najlepszym przy zachowaniu maksymalnej staranności w zarządzaniu sprawami publicznymi.
Podobno resort gospodarki nie zgodził się na zniesienie karty i ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych...
Pojawiały się głosy apelujące o utrzymanie takich uproszczeń. Podtrzymuję swój pogląd: jeśli wprowadzamy uproszczenia w sposobie rozliczania się z fiskusem w VAT - a więc w podatku o wiele trudniejszym - to musimy rezygnować z uproszczeń w podatku dochodowym od osób fizycznych. Fundowanie sobie dubeltowego systemu uproszczeń oznacza zaproszenie do rozwoju półcienia gospodarczego. Przecież wiadomo, jakie zjawiska towarzyszą ryczałtowi od przychodów ewidencjonowanych. Jeżeli ktoś serio wierzy, że polska przedsiębiorczość zależy od możliwości prowadzenia wyszynku alkoholu poprzez ryczałt ewidencjonowany, to dziękuję uprzejmie. Nie na tym polega przedsiębiorczość i niekoniecznie tego trzeba polskiej gospodarce.
Pani powiedziała: "dziękuję uprzejmie". Powie Pani to samo, gdy Sejm wróci do uproszczeń podczas prac nad projektami?
Zobaczymy, reszta jest "cobybyłogdybizmem", jak mawiał Witkacy.
A jednak "gdybamy"... Rynki finansowe wciąż zastanawiają się, kiedy Pani powie dość, bo to Pani jest "stabilizatorem" finansów publicznych.
Co to znaczy być "stabilizatorem"? Czy chodzi o roztropność w zarządzaniu sprawami publicznymi? A może o coś więcej?.
Czy nie byłoby roztropnością pomóc rynkom finansowych, znosząc podatek od zysków kapitałowych i wprowadzając ulgę podatkową przy wpłatach na indywidualne konta emerytalne?
To są dwie różne rzeczy. Jeżeli chodzi o odliczanie od podstawy opodatkowania PIT wpłat na konta emerytalne, to przeczytałam o tym w "Parkiecie". W związku z tym nie widzę możliwości natychmiastowego odnoszenia się do tej propozycji. Warto natomiast zauważyć, że dalsze zwiększanie odpisów od podstawy opodatkowania jest prostą drogą do likwidacji PIT. Ten podatek już obecnie jest dość kłopotliwy. Budżet państwa zyskuje niewiele, miliony ludzi ślęczą nad rozliczeniami, męczą się podatnicy i aparat skarbowy. Faktycznymi beneficjentami pozostają jednostki samorządu terytorialnego i Narodowy Fundusz Zdrowia.
Natomiast jeżeli chodzi o podatek od przychodów z lokat i operacji giełdowych, to zawsze byłam mu przeciwna. Ale to Sejm go uchwalił, a posłowie równolegle pouchwalali dodatkowe wydatki. Jeżeli pojawi się polityczna inicjatywa zmniejszenia konkretnych wydatków o 2 mld zł, to ja z najwyższą przyjemnością zaproponuję zniesienie tego podatku.
W marcu sugerowała Pani, że jego zniesienie zależy także od postawy banków...
Tak, zapytana, odpowiedziałam, że wstępnie rozmawiałam w tej sprawie z Prezydium Związku Banków Polskich, interesując się możliwością wszczęcia negocjacji wiązanych: rząd dąży do zniesienia tego podatku, a banki zobowiązują się do zmniejszania cen niektórych swoich usług, które są bardzo wysokie. Ale zainteresowania taką rozmową nie było.
Bankowcy twierdzą, że sprawa nie była postawiona tak jasno.
Rozmowa odbyła się przy świadkach. Nie widzę powodu, dla którego miałabym dalej naciskać. ZainCzyli temat nie istnieje?
Ten temat istnieje zawsze. Bo to jest możliwość kolejnych racjonalizacji systemu podatkowego. Podatek od zysków kapitałowych w każdej chwili zniknie, jeśli posłowie uchwalą ustawy zmniejszające wydatki o 2 mld zł.
Kiedy to się stanie?
Obserwując wzrost wydatków w państwach Unii Europejskiej, jestem bardzo sceptyczna. Całej Europie spodobało się wydawać przyszłe publiczne pieniądze, a więc żyć kosztem pokolenia własnych dzieci i wnuków. Deficyty budżetowe i wzrost długu publicznego to norma praktycznie we wszystkich państwach UE. Wyjątkiem bardzo interesującym jest Litwa, która błyskawicznie dostosowała się do wymagań traktatowych, olbrzymim kosztem ekonomicznym i społecznym. A okazuje się, że w strefie euro i tak mile nie jest widziana jako państwo zbyt mało ustabilizowane, przynajmniej jeśli chodzi o stopę inflacji.
Jaki musi być deficyt, aby sytuacja fiskalna Polski poprawiła się?
Jak najmniejszy. Musimy powstrzymać tempo wzrostu długu publicznego. Doprowadzić do sytuacji, w której to tempo będzie niższe niż tempo wzrostu PKB. To na początek. Bo na razie tempo wzrostu długu publicznego dwukrotnie przekracza tempo wzrostu PKB i na dokładkę niesłychanie trudno jest wywołać skuteczny alarm w tej sprawie. Dzieje się tak z powodu znacznie wyższych zadłużeń innych państw europejskich. Ale to są państwa bogatsze od nas i już mocno zakotwiczone w UE!
Resort modyfikuję strategię zarządzania długiem. Czy liczycie na emisje papierów dłużnych na rynkach azjatyckich?
Optymalizujemy tę strategię, prowadzimy intensywne prace analityczne. To wszystko, co mam do powiedzenia. Nie komunikuję się z analitykami bankowymi za pomocą wywiadów prasowych.
Przedyskutujmy chociaż sprawy techniczne. Od pewnego czasu słabo sprzedają się obligacje detaliczne.
Na rynku pojawiło się sporo nowych instrumentów, wielkim powodzeniem cieszą się fundusze inwestycyjne.
A może poszerzyć grono agentów emisji? Na razie papiery dystrybuuje tylko PKO BP...
Wyzwaniem jest zmniejszenie apetytów państwa na robienie długów. Mniejszym problemem jest to, od kogo i na jakich warunkach się pożycza. Polska jest wypłacalnym krajem z dobrym wizerunkiem solidnego dłużnika.
Wymarzony deficyt budżetu w 2007 r.?
25 mld zł.
A realny?
Nie więcej niż 30 mld zł.
Dziękuję za rozmowę.