napływu środków do globalnych i rodzimych funduszy inwestycyjnych, cen
surowców, cyklów koniunkturalnych, polityki, czy choćby tylko wahań na
rynkach walutowych etc. Każdy z tych czynników jest w stanie w danej chwili
samodzielnie zdeterminować koniunkturę na GPW, ale analizować na bieżąco
trzeba wszystkie. Opisywanie zagrożeń wynikających z poszczególnych
czynników trzeba jednak traktować nie jako sygnał np. sprzedaży, ale tylko
jako rosnące ryzyko odwrócenia trendu. Sygnał sprzedaży generuje dopiero
rozpoczęcie samego spadku cen.
W ostatnich tygodniach to ryzyko rosło z każdą publikacją danych makro w
USA, gdzie rosnącą presję inflacyjną dostrzegały tylko amerykańskie
obligacje, których rentowność w przypadku 10-latek wzrosła powyżej 5,1% już
pod koniec kwietnia. Szczególnie czułe na te wydarzenia emerging markets
zupełnie na to nie reagowały i ryzyko załamania na rynku akcji rosło. Dwa
tygodnie temu w Weekendowej pisałem odnośnie danych makro w USA -
"Przestrzegam przed tym (sygnały napięć inflacyjnych), bo inwestorzy mogą w
tym tygodniu o tym wszystkim sobie przypomnieć, gdyby zobaczyli
rozczarowujący komunikat po posiedzeniu FOMC. Ben Bernanke może chcieć
zaakcentować możliwość dalszych podwyżek stóp, co rynki na pewno mocno
rozczaruje. Ja przed tą środę mam wiele obaw i uważam, że rynki trochę na
wyrost zdyskontowały brak dalszych podwyżek w USA,padek. Właśnie od posiedzenia FOMC na
rynkach emerging markets rozpoczęło się całe załamanie.
Od sesyjnych szczytów 10 maja poszczególne indeksy najbardziej
interesujących nas emerging markets straciły odpowiednio: Węgry 12,7%,
Turcja 11,0%, Rosja 19,2% (!), Czechy 7,2%, Austria, 11,4%. Warto też
zwrócić uwagę na Brazylię (10,1%) i Argentynę (-12,7%), które od początku
roku przyciągały wyjątkowo dużo kapitału globalnych funduszy inwestycyjnych,
a mimo to też nie zdołały się obronić. Pamiętać należy, że w tych
procentowych zmianach indeksów należałoby tak naprawdę uwzględnić jeszcze
osłabienie walut, co w przypadku np. Turcji drastycznie pogarsza stopy
zwrotu dla zagranicznych funduszy inwestycyjnych. Na tym tle WIG20 nie
wypada źle oddając 7,9% w analogicznym okresie. Cała strata to praktycznie
tylko ostatni tydzień (8,1%) i był to tygodniowy spadek największy od 4,5
roku. Już teraz można uznać, że w perspektywie kilku miesięcy będzie się
mówić o "majowym załamaniu" na rynkach wschodzących. Powrót do hossy po
takim ciosie wymaga trochę czasu.
Temat inflacji długo jeszcze nie powinien schodzić z czołówek giełdowych
serwisów i będzie budzić obawy inwestorów. Chodzi oczywiście głównie o
inflację w USA. W Polsce w najbliższych miesiącach dopuszczalny przedział
wahań inflacji jest tak niski, że dyskusja od dawna toczy się nie wokół
zagrożeń, ale wokół najlepszych wariantów w polityce monetarnej. Nawet
piątkowe dane o produkcji przemysłowej (+5,8%) oraz PPI (+1,6%) nie wywołały
na rynku większego poruszenia i uznane zostały jako wpływ czynników
sezonowych (sezonowo wyrównana produkcja +10,2%).
Wracając do inflacji w USA, to należy zwrócić uwagę, że powszechne
przekonanie o napięciach inflacyjnych kreowanych przez wzrost cen surowców
(m.in. ropa i miedź) może być co najmniej przesadzone. Problem leży zupełnie
gdzie indziej, a jego naświetlenie pokazuje też, że jest znacznie
poważniejszy. Opublikowana w środę inflacja CPI wyniosła +0,6% i dla
wartości bazowej (core CPI) +0,3% w obu przypadkach przekraczając prognozy o
0,1%. Prawdopodobieństwo podwyżki stóp w USA na czerwcowym posiedzeniu
wyceniane było przed CPI na 36%. Po tym raporcie Fed Fund Futures wzrosły
powyżej magicznej bariery 50% (54%). Czemu rynek przestraszył się tak
nieznacznego przekroczenia prognoz ? Trzeba spojrzeć na koszyk inflacyjny.
Dwie kluczowe w zeszłym miesiącu pozycje to była energia, która ma jedynie
8,7% (ogromna zmienność cen w ostatnim okresie), oraz wynajem domów, który
wpływa w 29% na CPI i aż w 40% (!) na core CPI.
Do tej pory taka struktura koszyka sprzyjała amerykańskiej gospodarce.
Niskie stopy procentowe stwarzały sytuację, że zamiast płacić czynsz za
wynajem, łatwiej było zaciągnąć kolejny kredyt i kupić własny dom, który
dodatkowo szybko zyskiwał na wartości. Czynsze więc nie rosły. W ostatnich
2-3 latach zmieniły się dwa czynniki. Po pierwsze - bańka na rynku
nieruchomości wywindowała ceny domów do tak wysokich poziomów, że coraz
mniej ludzi stać na kupno nawet przy tanim kredycie (domek jednorodzinny
kosztuje średnio 217,900 USD). W I kw. tego roku ceny domów średnio wzrosły
o 10,3% r/r. W całym 2005 r. o 12,2%, w 2004 r. o 8,3% a w 2003 r. o 7,5%.
Po drugie - po szesnastu podwyżkach stóp procentowych raty kredytów już
tanie nie są. W czwartek Freddie Mac podał, że oprocentowanie kredytów
hipotecznych wzrosło do 4-letnich szczytów. Średnia dla 30-letniego kredytu
wynosi 6,6%. Dla porównania podam, że zaledwie rok temu było to jeszcze
5,7%. To wszystko przyspieszy proces wzrostu cen za wynajem domów, które z
czasem wystrzelą jak wcześniej ceny n czyli podniesie ceny
wynajmu, zwiększając CPI w kolejnych miesiącach. Niebezpieczny temat. To
byłaby kara za "kreatywną księgowość" w koszyku inflacyjnym, dzięki czemu
nie uwzględniano wzrostu cen nieruchomości w USA w ostatnich latach.
Na koniec warto zauważyć, że mimo tych wszystkich problemów makro, w Stanach
indeksy dotarły do wsparć i mogą na początku tygodnia wspierać rynki
wschodzące. S&P500 dotknął średniej z 200 sesji, która jest uważana za
wyznacznik trendu. Nasdaq zbliżył się do dwuletniej linii trendu. Szansę na
obronę tych poziomów daje rynkowy sentyment. Obliczany przez Marka Hulberta,
na podstawie biuletynów inwestycyjnych, indeks nastrojów 10 maja wynosił
48,6%. W ostatni piątek już tylko 6,0%. Od stycznia do kwietnia indeks
idealnie pokazywał "ścianę strachu" co nakręcało hossę. Teraz pokazuje, że
analitycy bardzo szybko stracili majowy optymizm w trakcie załamania, co
należy odczytywać jako optymistyczny scenariusz dla akcji w krótkim
terminie. Po spadku Nasdaq aż 10% spod szczytu hossy w 2000 r. nastroje nie
tylko się nie pogorszyły, ale w/w indeks nastrojów wzrósł o 20%. Ten wzrost
optymizmu napędzał później bessę.
[email protected]