Marzec i kwiecień były w krajowych bankach okresem najszybszego w historii przyrostu walutowych kredytów na mieszkania - wynika z danych NBP. Co prawda, wyrażona w złotych wartość portfela kredytów walutowych zwiększyła się w minionym miesiącu o niewiele ponad miliard, ale skalę tego przyrostu ograniczyło umocnienie złotego. W marcu było odwrotnie: wyrażona w złotych wartość walutowego portfela kredytów na mieszkania podskoczyła o ponad trzy miliardy. Był to jednak w dużej mierze efekt spadku kursu naszej waluty. W przeliczeniu na euro, w obu miesiącach wartość kredytów rosła o ponad 400 mln.

Powód przyspieszenia dynamiki kredytów walutowych jest oczywisty: nadchodzi moment, w którym o uzyskanie takiej pożyczki będzie trudniej. Z początkiem lipca banki powinny uwzględniać w swoich procedurach tzw. rekomendację S, przyjętą w marcu przez Komisję Nadzoru Bankowego. Rekomendacja odbiera bankom możliwość "łagodniejszego" podchodzenia do zdolności kredytowej klienta, który przychodzi do banku po niżej oprocentowany (a więc wiążący się z niższą ratą) kredyt denominowany w walutach obcych. Kolejnym krokiem nadzoru ma być zwiększenie wymogów kapitałowych wobec banków udzielających dużo walutowych kredytów na mieszkania i zgadzających się na niewielki wkład własny.

Część banków deklarowała, że gdy tylko nadzór uchwalił rekomendację, natychmiast zaostrzyła wymogi związane z kredytami walutowymi. Ale inni robią wręcz przeciwnie. GE Money Bank zrezygnował z opłat za wcześniejszą spłatę kredytów hipotecznych udzielanych we frankach szwajcarskich (właśnie boom w kredytach denominowanych we frankach spowodował interwencję nadzoru). Obniżył też oprocentowanie kredytów z niskim wkładem własnym (niewielki wkład własny to kolejna rzecz, której nie lubi nadzór). Promocja trwa do 30 czerwca. Dzień później zacznie obowiązywać "rekomendacja S".