Ministerstwo Finansów chce obniżyć wydatki na wynagrodzenia w administracji państwowej o 10 proc. - doniosła piątkowa "Gazeta Wyborcza". Z danych GUS wynika, że na koniec 2005 r. rząd zatrudniał 167 tys. osób. Z zapowiedzi wicepremier i minister finansów Zyty Gilowskiej wynika więc, że prace straci 16,7 tys. urzędników. Analitycy od razu zaczęli się zastanawiać, na ile te zapowiedzi są realne i jaki będą miały efekt w budżecie. "Działania te są słuszne, ale zapewne okażą się nieskuteczne" - komentowali ekonomiści BPH.

Jeszcze w piątek informacje "Gazety" korygował rzecznik rządu Konrad Ciesiołkiewicz. Według niego, zwolnienia nie będą wynikiem prostego obcięcia funduszu płac, ale standaryzacji wymogów wobec urzędników. Rzecznik przedstawił statystyki zatrudnienia inne, niż prezentuje GUS. Według jego słów, na koniec 2005 r. w administracji pracowało 107 tys. osób, a od 2007 r. pracę stracić ma 10 tys. osób.

Ale nawet takie ograniczenie kadr wydaje się ambitne. Do tej pory zatrudnienie w urzędach państwowych rosło (tylko w 2005 r. o 5 tys. osób). Oprócz urzędów wojewódzkich i centralnych, już ponad 202 tys. osób zatrudniają także samorządy. Przeciźtna pensja w administracji państwowej w 2005 r. wynosiła 3462 zł. Zwolnienie 10 tys. osób dałoby zatem 415 mln zł oszczędności rocznie (jeżeli nie liczyć kosztów odpraw). Dla porównania - w 2006 r. na wszystkie wydatki na administrację zapisano 8,68 mld zł. Z danych GUS wynika, że niemal 7 mld zł to koszty pensji urzędniczych.

Problem w tym, jak zwolnić tyle osób. MF ciężko będzie w prosty sposób obciąć fundusz płac urzędników. W budżecie państwa wydatki na wynagrodzenia figurują bowiem w różnych miejscach. O liczbie zatrudnionych decydują same urzędy. Rząd może ustanawiać tylko ogólne limity. Resort administracji próbował nawet obniżyć je dla urzędów wojewódzkich w latach 2005-2007 łącznie o 15 proc. Zamiar ten jednak się nie powiódł.

Nie jest także jasne, co się dzieje z zapowiedzianym w programie Tanie Państwo "wprowadzeniem opisu stanowisk pracy w administracji". W dokumentach programowych PiS sugerował, że reforma będzie oparta na znanej z sektora prywatnego tzw. metodzie Haya. Pozwala ona różnicować wynagrodzenia w zależności od wiedzy potrzebnej do pracy na konkretnym stanowisku. W Hay Group - firmie, która przeprowadza takie analizy - nie udało nam się jednak dowiedzieć, czy rząd zamówił już badania.