Za nami kolejna sesja z gatunku tych, które mogły być istotne, a w rezultacie nie przesądziły o niczym. Przyczyna od kilku dni jest ciągle ta sama - brak obrotów, które mogłyby uwiarygodnić ruch w którąkolwiek z stron choć wczoraj nie było już takiego dramatu, jak dwa dni wcześniej. Diagnoza tej sytuacji wydaje się oczywista - po prostu inwestorzy zagraniczni wstrzymują się do tej pory z decyzjami, wskutek czego warszawska giełda obraca się niemal wyłącznie w obrębie kapitału krajowego. W tym układzie widać wyraźnie, że w kluczowych momentach zarówno stronie podażowej, jak i popytowej brakuje argumentów, aby przekonać rynek do jakiegoś trwalszego ruchu. Dwukrotna próba ataku na opór na poziomie 2930 punktów przeprowadzona na początku tygodnia przy śmiesznie niskiej aktywności zakończyła się niepowodzeniem. Wczorajsze zejście WIG20 w kierunku 2800 pkt z kolei niedźwiedziom nie przyniosło sukcesu i w rezultacie rynek wrócił do poziomów z wtorkowego zamknięcia. Poruszamy się więc w obrębie zapoczątkowanego w połowie maja trendu bocznego, charakteryzującego się dość szeroką amplitudą wahań (około 200 punktów).
Nie będzie zbyt odkrywcze stwierdzenie, że kierunek wybicia z tej formacji (poparty rzecz jasna obrotami) zadecyduje o koniunkturze na GPW na kilka najbliższych miesięcy. Ponieważ na razie brakuje wiarygodnych argumentów, przemawiających za zakończeniem wieloletniej hossy, chyba bezpieczniej jest przyjąć, że wybicie nastąpi górą, choć z drugiej strony, jeśli wziąć pod uwagę niepokoje polityczne, których rynek dotąd konsekwentnie nie zauważał, czy niezbyt pewną sytuację na giełdach zachodnich, to optymizm ten wydaje się nieco mniej uzasadniony. Na razie z całą pewnością można jedynie powiedzieć, że obecna sytuacja, szczególnie na rynku kontraktów terminowych, jest korzystna dla daytraderów. Zmiany tego instrumentu o kilkadziesiąt punktów w górę lub w dół to norma, więc możliwości zarobku (ale i straty) są ogromne. Inwestorzy nastawieni na mniej agresywną grę powinni raczej pozostać z boku.