nieco zmniejszyło. Oczywiście decyzje dotyczące wysokości stóp
procentowych nie będą podejmowane w oderwaniu od rzeczywistości
gospodarczej, ale przypomniane zostało, że najważniejszym zadaniem banku
centralnego jest utrzymanie stabilnych cen. Rynek odebrał to jednoznacznie
- na razie liczy się inflacja. Na skutki takiego postawienia sprawy nie
trzeba było długo czekać. Ceny akcji zaczęły spadać, a dolar umacniać. W
jednej chwili okazało się, że słabsze dane z rynku pracy rzeczywiście są
słabsze i wcale nie muszą powstrzymać FOMC przed kolejną decyzją o
podwyżce stóp procentowych. Tym bardziej, że wymowa wypowiedzi Bena
Bernanke nie tylko zmieniła akcenty, ale także zwiększyła obawy o wielkość
inflacji. To z jego ust padły słowa o wzroście inflacji bazowej w
ostatnich miesiącach. To on uznał ten wzrost za "nieoczekiwany". To Ben
Bernanke uznał wielkość obecnej inflacji za bliską "górnemu pułapowi
zakresu, który wielu ekonomistów łącznie ze mną może uznać za zakres
stabilnego wzrostu cen". Innymi słowy ostatnie procesy inflacyjne nadal
nie pozwalają na zmniejszenie restrykcyności polityki pieniężnej. Mało
tego. Teraz należy odczytywać napływające na rynek dane jako potwierdzenie
lub negowanie przekroczenia wspomnianego górnego pułapu.
Ta wypowiedź szybko znalazła swoje odzwierciedlenie w oczekiwaniach
dotyczących kolejnych podwyżek stóp procentowych. podejmowaniem decyzji przez FOMC, a na to
musimy poczekać do końca miesiąca.
Ten skok oczekiwań na kolejną podwyżkę to także wynik danych makro. W tym
tygodniu nie było ich zbyt wiele, ale akurat w piątek poznaliśmy wielkość
deficytu bilansu handlowego USA oraz dynamikę cen towarów importowanych.
Deficyt okazał się nieco mniejszy od prognoz, co mogłoby spodobać się
rynkowi. Mogłoby, gdyby nie wyższy od prognoz wzrost cen importu. Tu już
mamy pierwsze echa nastawienia na walkę z inflacją. Można dyskutować, na
ile ten czynnik mocno wpływa na presję inflacyjną. Wiadomo bowiem, że
wzrost cen importu to też wynik zmian na rynku walutowym, a dokładniej
spadku wartości dolara. W komentarzach kilku analityków można przeczytać,
że ostatnie umocnienie się dolara wpłynie pozytywnie na zmianę cen importu
w przyszłych miesiącach. Oczywiście zmiany cen importu nie są kluczowym
czynnikiem przy podejmowaniu decyzji o wysokości stóp procentowych, ale
potwierdzają istnienie presji inflacyjnej.
Przeciwnicy dalszego zacieśnienia polityki pieniężnej oprócz argumentu o
jego szkodliwości dla wzrostu gospodarczego przypominają, że gospodarka
nie miała jeszcze czasu na pełne zareagowanie na poprzednie podwyżki.
Wiadomym jest bowiem, że istnieje pewne przesunięcie w czasie między
impulsem, jakim jest zmiana stóp procentowych, a przystosowaniem się do
niego całej gospodarki. Tym samym w tej chwili nie można ocenić, jaki
wpływ na zmiany w gospodarce mają poprzednie podwyżki. Kierowanie się
bieżącymi danymi może okazać się zgubne. Ta grupa ekonomistów podkreśla,
że ślepe patrzenie w wielkość aktualnych zmian może sprawić, że FOMC
utraci perspektywę konsekwencji własnych decyzji w dłuższym terminie.
Myślę, że te słowa są zbyt mocne. Owszem, gospodarka może nieco zwolnić,
ale koszt niedopilnowania inflacji może być zbyt duży.
Relacja tempa wzrostu gospodarczego i wielkości akceptowanej inflacji to
stały dylemat polityki gospodarczej. Dotyczy to każdego kraju. Ostatnie
dane o dynamice PKB Łotwy zapierają dech w piersiach. Wzrost gospodarczy w
I kw. 2006 roku wyniósł tam ponad 13%. To najszybciej rozwijający się kraj
unii. Świetnie sobie radzi także Estonia z dynamiką PKB na poziomie 11,6%.
By mieć pełen obraz, trzeba jednak znać inne dane. To jest podobnie jak ze
stopą zwrotu z inwestycji. Sam procent zysku niewiele mówi, jeśli nie
wiemy, przy jakim ryzyku został on osiągnięty. Tak i w tym wypadku warto
obok dynamiki PKB znać także wielkości inflacji, która pokazuje, jakim
kosztem osiągnięta tak dobry wynik. W przypadku Łotwy ceny wzrosły o 6,6%.
Wynik nadal pozostaje dobry, choć już nie tak rewelacyjny. Gospodarce
Łotwy może grozić przegrzanie, bo już daje się odczuć spiralę napędzającą
wzrost cen. Brak nad tym kontroli może sprowadzić nieszczęście. Inflacja w
Estonii wyniosła 4,7%. Z drugiej strony mamy Polskę, gdzie ceny rosną z
dynamiką poniżej 1%, a wzrost PKB ledwie przekracza 5%. Co jest lepsze? Na
to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi, bo każda gospodarka jest trochę inna.
Jednak trzymanie w ryzach inflacji na dłuższą metę bardziej się opłaca.
Poddawanie się naciskom, by sama dynamika wzrostu gospodarczego była
wykładnią oceny sytuacji makroekonomicznej nie jest rozsądne.
Podobnie jak poddawanie się jakimkolwiek jednostronnym naciskom. W tym
tygodniu nawet fakt trwania Mistrzostw Świata nie będzie w stanie zdusić
dyskusji (jeśli w ogóle można to coś tak nazwać) o wyrzeczeniach jakich
oczekuje premier Z. Gilowska od swojego środowiska naukowego (niższe
koszty uzyskania), oraz jakich nie śmie ona oczekiwać od środoki tylko dla górników.
To było zabawne, a przykre jest to, że oni faktycznie te pieniądze dostaną.
Z punktu widzenia analizy technicznej warszawski rynek zakończył tydzień
dokładnie na poziomie wsparcia Wykres_1.gif. Już kilkakrotnie wspominałem
o jego wadze. Teraz doszły głosy, że to linia szyi formacji głowy i
ramion. Nie wiem, czy takie podejście jest zasadne, ale nie zmienia to
faktu, że zejście pod poziom 2700 pkt może okazać się trwałym. Mówienie
wtedy o hossie byłoby już tylko zaklinaniem rzeczywistości. Tydzień
zapowiada się w zwiazku z tym ciekawie. Po słabym odbiciu Wykres_2.gif
czeka nas test wsparcia, a może nawet jego naruszenie. Od klasy siły
podaży zależeć będzie, czy sygnał będzie wiarygodny. Gdy ewentualnemu
dalszemu spadkowi cen będzie towarzyszył duży obrót, sytuacja posiadaczy
długich pozycji może okazać się bardzo trudna. Popyt ma ostatnią okazję,
by wybronić rynek przed poważną przeceną. Ostatnio chętnych nie było.
Kamil Jaros
[email protected]