Po wczorajszej przecenie strata WIG20 od majowego szczytu przekroczyła 20 proc. Niektórzy twierdzą, że właśnie po zmianie indeksu o 20 proc. można mówić o hossie lub bessie. Czy rynek przekroczył już tę subtelną granicę, po której kursy będą nadal spadać?

Przypomnę tylko, że ostatnia bessa trwała na GPW od marca 2000 roku do października 2001 roku i w jej trakcie indeks największych spółek obniżył się o 60 proc. Spadły kursy 120 notowanych w tym okresie przedsiębiorstw, w tym 77 przynajmniej o 33 proc., a 56 przynajmniej o połowę. Akcjonariusze 21 spółek zarobili na bessie, lub przynajmniej przetrwali ją bez strat.

Pamiętam bessź 1994 r., kiedy spadki były jeszcze większe, a także załamanie kursów w 1997 i 1998 r. Po tych wszystkich doświadczeniach wiem jedno - na początku spadku zawsze przecenę nazywa się korektą. Perspektywy nieodmiennie są dobre, a inwestowanie opłacalne w długim terminie. To już na mnie nie działa. Kiedy na rynek nadchodzi bessa, wszyscy są przekonani, że nie ma powodów, żeby kursy spadały.

W tym dokładnie miejscu część Czytelników oczekujących jasnych wskazówek poczuje się zawiedziona, bo nie napiszę, że trzeba wszystko sprzedać i zapomnieć o akcjach na dłużej. Na przełomie XIX i XX wieku kilku mądrych ludzi tworząc zbiór zasad, według których poruszać miały się kursy (to znaczy analizę techniczną), doszło do wniosku, że nie istnieje metoda, która pozwalałaby prognozować czas trwania i zasięg ruchu cen. Bez większego trudu wskazałbym natomiast powody, dla których wyprzedaż na warszawskiej giełdzie może trwać.