Najbardziej popularne w ostatnich tygodniach słowo "inflacja" tym razem, o dziwo, nie wywołało paniki wśród inwestorów, lecz wręcz przeciwnie - stało się pretekstem do odbicia. Szef Fedu Ben Bernanke złagodził nieco ton wypowiedzi. Jak dobrze ujął to cytowany przez agencję Bloomberg Jean Yeh, zarządzający tajwańskiego Ta Chong Investment Trust, "niczym światło słońca po długiej porze monsunów Bernanke sprawił wreszcie wielką ulgę inwestorom". Największy entuzjazm wywołało stwierdzenie Bena Bernanke, że rosnące w ostatnich miesiącach oczekiwania inflacyjne pozostają w normie.
Czy to stopy straszą?
Czy złagodzenie tonu wypowiedzi szefa Fedu zadecyduje o trwałym odbiciu notowań na światowych rynkach? Odpowiedź na to pytanie byłaby jednoznacznie pozytywna, pod jednym warunkiem - że w maju inwestorzy zaczęli masowo pozbywać się akcji wyłącznie pod wpływem oczekiwań na kolejne podwyżki stóp procentowych w USA. W takim razie złagodzenie tych oczekiwań obecnie powinno podnieść indeksy akcji do poziomów sprzed załamania.
Problem polega na tym, że wiele czynników przeczy tezie, że majowa panika była efektem obaw przed rosnącymi stopami. Weźmy pod uwagę rentowność amerykańskich 10-letnich obligacji skarbowych, która jest odzwierciedleniem oczekiwań inwestorów co do kierunku zmian stóp procentowych. Praktycznie w tym samym momencie, kiedy inwestorzy w maju zaczęli pozbywać się akcji, rentowność obligacji nie tylko nie zaczęła szybko iść w górę (co potwierdzałoby, że rynek boi się inflacji i wzrostu stóp), lecz paradoksalnie zaczęła spadać. Logicznym wytłumaczeniem tego faktu jest to, że inwestorzy przestraszyli się nie stóp, lecz możliwego osłabienia gospodarczego. Jeśli tak, to nawet złagodzenie oczekiwań na podwyżki stóp nie musi obecnie doprowadzić do trwałego odbicia.
W tym miejscu na myśl przychodzi sprawa, o której już nieco zapomniano. Chodzi o krzywą rentowności amerykańskich obligacji, która w lutym odwróciła się (tzn. rentowność papierów długoterminowych spadła poniżej zyskowności obligacji krótkoterminowych). W przeszłości był to niemal niezawodny sygnał, zapowiadający spowolnienie gospodarcze (tak też było przed ostatnią bessą w 2000 r., co notabene zostało wówczas zignorowane przez Fed). Już w marcu krzywa powróciła do normalnego kształtu, co przyjęto z ulgą, tym bardziej że kursy akcji nadal rosły. Nie oznacza to jednak, że zagrożenie minęło. Dla porównania, w połowie 1998 r. krzywa również odwróciła się praktycznie "na chwilę", a po niecałych dwóch miesiącach rozpoczęło się załamanie, które sprowadziło S&P 500 o 20 proc. w dół.