Od miłości do nienawiści droga niedaleka. Świadczy o tym dobitnie zanotowana raptem w ciągu kilku ostatnich lat diametralna zmiana uczuć polskich kibiców do futbolowych orłów. Ale potwierdzenie tego fenomenu znajdziemy także na rynku.
Miłość do rynku akcji była jeszcze w roku 2002, a nawet po części także w 2003, uznawana za dziwactwo. Rok 2004, gdy okazało się, że akcje to coś, co może naprawdę drożeć, przełamał lody. Swoistym ukoronowaniem procesu rozkochiwania się w akcjach był rok 2005 - wtedy nastąpiło upowszechnianie owego uczucia w społeczeństwie. Apogeum graniczącej - w przypadku niektórych spółek - ze ślepą mistyką namiętności przypadło na pierwsze miesiące roku 2006. Trudno więc się dziwić, że zarówno w drugiej połowie 2005, jak i w pierwszych czterech miesiącach 2006 ci, którzy ośmielili się iść pod prąd i przestrzegali przed coraz wyższym ryzykiem gwałtownej korekty, traktowani byli niczym nudni malkontenci i defetyści.
W 2006 r. rynek sam już ostrzegał przed przesadą - tąpnęło na koniec stycznia i lutego, mocniej huknęło w marcu. W maju światowy rynek akcji skręciła korekta, która ostre pazury pokazała w czerwcu. Co u części inwestorów sprowokowało opisaną diametralną zmianę uczuć wobec rynku akcji. Dotychczasowa dotkliwość spadków na giełdach w tzw. odczuciu społecznym wynika zapewne nie tylko z matematycznej skali przeceny, ale i z surowości lekcji ekonomii, za którą płacą szczególnie dużo nowi inwestorzy. Nowi, czyli ci, którzy do giełdowego pociągu wsiadali, gdy telewizja trąbiła o tym, że maszyniści się rozszaleli, bijąc niemal dzień w dzień kolejne rekordy prędkości. Nagle wskakujący w biegu pasażerowie dopiero post factum zorientowali się, że ci, którzy wsiedli kilka lat wcześniej, zdążyli już wysiąść lub właśnie wysiadają i to obdarowani pieniędzmi.
Tymczasem spora grupa nowych - z rozpędzonym pociągiem - wjechała w zakręt, którego na mapie "nowi" nie zauważyli. Zamiast szybkiej jazdy na północ i spodziewanych kolejnych rekordów, lokomotywa nie tylko ostro zahamowała, ale gwałtownie cofnęła się, odpoczywając po szaleńczej jeździe.
Tak się złożyło, że szczególnie spektakularna erozja uczuć wobec rynku akcji przypadła na moje nieobchodzone zresztą urodziny - 13 czerwca. Choć zabrzmi to prowokacyjnie, przez ten prewencyjny odstrzał byków w maju i czerwcu (w tym ową rytualną rzeź 13.) giełdy sprezentowały mi na urodziny argument wzmacniający moją wiarę w długoterminową racjonalność zachowań rynku. A przekonanie to nie zawiodło mnie w przeszłości - było np. podstawą mojego byczego widzenia przyszłości w 2002 roku (gdy rynek leżał i kwiczał, a ja ze swoim optymizmem wychodziłem na nawiedzonego), a potem - przesłanką rosnącego analitycznego dyskomfortu w drugiej części roku 2005, a szczególnie - w pierwszych miesiącach 2006 (gdy rynek jeszcze hulał, a ja - tym razem ze swym dystansem do rekordów - znów wychodziłem na frajera).