Profesor Gilowska jeszcze w zeszły piątek rano była ministrem finansów, a już w piątek po południu nie. Jeśli wierzyć wszystkiemu temu, co jeszcze kilka tygodni temu mówiono na temat jej kluczowej roli w utrzymaniu wiarygodności polityki gospodarczej rządu, należałoby oczekiwać na rynkach finansowych prawdziwego trzęsienia ziemi: gwałtownego załamania się kursu złotego i natychmiastowego wzrostu stóp procentowych.
Już teraz widać, że nic tak straszliwego się nie stało. Złoty, oczywiście, początkowo nieco osłabł - nic dziwnego, rynki reagują przecież nerwowo na każdą zmianę na stanowisku ministra finansów - ale już pod koniec dnia zaczął częściowo odrabiać straty. Analitycy, którzy kilka dni wcześniej twierdzili, że odejście profesor Gilowskiej z rządu oznaczałoby katastrofę, powrócili do tradycyjnej odpowiedzi, że silnego osłabienia złotego nie było, bo "rynek już wcześniej zdyskontował plotki o jej dymisji" - co jest standardową odpowiedzią na pytanie, dlaczego nie sprawdziły się ich wcześniejsze przewidywania.
No więc, co się właściwie stało, a ściślej biorąc - dlaczego nie stało się nic wielkiego? Po pierwsze, po otrząśnięciu się z pierwszego szoku zapewne wszyscy zrozumieli, że ogromna rola profesor Gilowskiej w rządzie była pewną mistyfikacją. Oczywiście, dobrze jest mieć ministra finansów, który ma wizję głębokich zmian, które trzeba przeprowadzić - i potrafi je dobrze zaprojektować. Tyle że lista spraw do załatwienia jest przynajmniej od kilku lat bardzo dokładnie znana i nie budzi większych kontrowersji wśród ekonomistów. Obecnie minister finansów nie musi wcale wymyślać nowego "planu" ani "strategii" - wystarczy usiąść do pracy i zrobić to, co jest niezbędne.
Po drugie więc, należy zadać sobie pytanie - czy profesor Gilowska była w stanie takie zmiany przeprowadzić? Mimo uważnego wsłuchiwania się w jej liczne wypowiedzi, nie usłyszałem ani razu wzmianki na temat koniecznych reform systemu transferów społecznych, choć wszyscy doskonale wiedzą, że jest to pierwsze i najważniejsze zadanie, które trzeba wykonać, aby uzdrowić finansową stajnię Augiasza. Nie usłyszałem ani jednego słowa na temat konieczności narzucenia twardych i klarownych zasad finansowania służby zdrowia - choć powszechnie wiadomo, że bez tego nie da się rozwiązać problemów wydatków publicznych. Usłyszałem wprawdzie sporo uwag na temat planów zmian w podatkach, ale nie wydaje mi się, aby pani profesor zaproponowała w tej dziedzinie jakąkolwiek rewolucję - ot, kilka zmian, temu spróbować coś uciąć, innemu dołożyć, pozostawiając podatki dokładnie równie nieprzejrzyste i nieprzyjazne, jak poprzednio.
Po trzecie jednak, nie ma wątpliwości, że osobowość ministra ma znaczenie - zwłaszcza siła perswazji, pozycja w rządzie, zdolność do przeforsowania własnego punktu widzenia. Profesor Gilowska na pierwszy rzut oka wydawała się taką właśnie osobowością. Jeśli jednak poważniej się zastanowić, można dojść do wniosku, że pani profesor znakomicie potrafiła się zaprezentować na konferencjach prasowych i w wywiadach, natomiast nie uzyskaliśmy żadnego dowodu na to, że równie skutecznie potrafi bronić swojej opinii w przypadku jakiegokolwiek konfliktu w ramach rządu.