Notowania na amerykańskiej giełdzie przebiegają zgodnie ze schematem obserwowanym od 2004 r. Tworzeniu lokalnych dołków towarzyszy podwyższona zmienność, potem następuje uspokojenie, po którym kursy stopniowo zaczynają piąć się. To powoduje, że aktualna sytuacja indeksu S&P 500 jest dość klarowna. Sforsowanie bariery 1257 pkt, gdzie wypadł dołek 23 maja umacniałoby wiarę w korzystny dla posiadaczy akcji obrót spraw. Natomiast spadek poniżej 1235 pkt, gdzie znajduje się podstawa wysokiej białej świecy z 15 czerwca zapowiadałby powrót zniżek. Skoro sprawdzające się wcześniej sygnały zapowiadające wzrost tym razem nie sprawdziłyby się przekonywałoby to o wejściu w fazę trwalszej dekoniunktury. Symptomatyczne jest zachowanie MACD, jednego z najpopularniejszych wskaźników pomagających w określaniu trendu. W ujęciu dziennym spadł poniżej dołków z 2004 i 2005 r. i wykonuje teraz ruch powrotny do nich. W wersji tygodniowej zbliża się do poziomu równowagi, powyżej którego pozostaje od ponad trzech lat. Natomiast na wykresie miesięcznym dotarł do średniej. Jej przecięcie tak samo jak osiągnięcie przez tygodniowy MACD wartości ujemnych stałoby się sygnałami potwierdzającymi zmianę długookresowej tendencji na spadkową.
Do optymizmu nie zachęcają notowania w sektorze technologicznym. Pomimo wypełnienia przez Nasdaq100 minimalnego zasięgu spadku wynikającego z wysokości tworzonej do połowy maja konsolidacji kupujący nie mogą mocniej zaznaczyć swojej obecności. To wskazuje na korekcyjny charakter trwającej od połowy czerwca poprawy koniunktury. Jeśli kursy firm technologicznych znów zaczną iść w dół będzie to ważny sygnał w kontekście obaw o zwolnienie gospodarki. Ta branża jest najbardziej narażona na negatywne konsekwencje takiego scenariusza, więc pogorszenie notowań jej reprezentantów można byłoby odczytywać jako zapowiedę jego realizacji. Poprzez spadek cen surowców miałoby to konsekwencje dla emerging markets.