W II kwartale inwestorzy przeszli przyspieszony kurs giełdowej psychologii,
bez której trudno zrozumieć i wykorzystać tak irracjonalną zmienność
Jeśli ktoś narzekał na marazm w I kw., gdy notowania przybrały sadystyczną formę wąskiej konsolidacji, to kolejne trzy miesiące wynagrodziły to z nawiązką. Przez zaledwie kilkanaście tygodni WIG20 zdążył wejść w spiralę wzrostów kreśląc w maju szczyt hossy 16,89 proc. ponad zamknięciem z marca, a następnie zaledwie w ciągu miesiąca stracił (intraday) 26,85 proc.
Na takie spadki fundusze inwestycyjne pozwolić sobie nie mogły, więc dla dopełnienia chaosu w końcówce półrocza mieliśmy jeszcze odreagowanie 17,96 proc. z czego tylko w ostatnim tygodniu wzrost przekroczył magiczną barierę 10 proc. Większą tygodniową świeczkę w ostatnich prawie 8 latach zanotowaliśmy jedynie trzykrotnie. Zabawne, że po tak ekstremalnych wahaniach, WIG20 kończył kwartał kosmetyczną różnicą 24,84 pkt.
Przypominam o tym dlatego, by pokazać raz jeszcze, że nie mamy teraz do czynienia z giełdą odzwierciedlającą fundamenty i dyskontującą perspektywy gospodarki. Takie ekstremalne zmiany są czymś wyjątkowym. Wynikają one z faktu, że reakcja inwestorów jest często emocjonalna i w największym stopniu zależy od nastrojów panujących na globalnych rynkach akcji, lub krótkoterminowych impulsów takich jak wypowiedzi członków Fed, czy "window dressing". Niestety już po kilku sesjach inwestorzy zapominają o charakterze tych ruchów i trochę na siłę doszukują się w tych wahaniach podstaw kształtowania kolejnych długoterminowych trendów.