Polskie Ministerstwo Finansów jest czasami jak dziecko, które psoci mimo karcącego spojrzenia rodziców i dopiero pod groźbą kary zmienia zabawę. Perswazje nie pomagały, a awantura w Brukseli spowodowała, że MF zrezygnuje z pobierania akcyzy od sprowadzanych samochodów i zastąpi ją podatkiem ekologicznym, który nie łamie unijnych przepisów o wolnym handlu. Według resortu podatek ma zahamować sprowadzanie najstarszych samochodów, niespełniających norm ekologicznych, głównie czystości spalin. Za takie auta trzeba będzie zapłacić podatek często kilkakrotnie wyższy niż wartość samochodu. MF liczy, że dzięki opłatom za import samochodów budżet państwa zarobi około 1,2 mld zł.
Podatek faktycznie może pomóc. Przede wszystkim polskim drogom, na których mniej będzie starych zdezelowanych samochodów często składanych z kilku innych, które dokonują żywota po lasach i polach, porzucane przez właścicieli. Może to również poprawić sprzedaż nowych aut.
Importerzy i dilerzy samochodów, którym w ostatnich latach nie jest łatwo, liczą na unijnych komisarzy w jeszcze jednej sprawie i to znacznie ważniejszej niż podatek ekologiczny czy akcyza. Podatek VAT od samochodów firmowych. Chodzi o to, żeby firmy mogły odliczać 100 proc. tego podatku, kupując auta. Zdaniem ministerstwa, takie odliczanie to nabijanie kieszeni bogatym biznesmenom, i resort co chwila zmienia przepisy w tej sprawie, chcąc powiększać liczbę złotych w państwowej kasie. Najpierw były kratki, później przyszła era ważenia pasażerów i ładunku, wreszcie rok temu ekonomiści z MF zaczęli mierzyć podłogi w autach, a wszystko to, żeby VAT-u nie odpisywać.
Zimą była minister finansów Zyta Gilowska zapowiedziała, że będzie 100 proc. odliczenia VAT-u dla samochodów firmowych, ale potem szybko policzyła, że ponad miliard złotych diabli (podatnicy) wezmą i pomysł umarł. Czy w ministerstwie nikomu nie zależy, żeby branża motoryzacyjna, która zdaniem wielu autorytetów ekonomicznych jest odbiciem kondycji finansowej społeczeństwa, się rozwijała.
Firmy kupują około 45 proc. wszystkich sprzedawanych w Polsce samochodów. W maju 2006 r. było to jednak tylko 8 tys. aut, a mogłoby być znacznie więcej, gdyby można było odpisać VAT. Samochody firmowe są w stanie przynieść budżetowi centralnemu spore przychody nie tylko przy zakupie. Weźmy na przykład akcyzę z paliwa. Średnio samochód służbowy robi rocznie około 40 tys. km, spalając około 8 litrów benzyny na 100 km. Przez cztery lata używania auta firmowego będzie to 13 tys. litrów. W każdym z nich jest 1,57 zł akcyzy. Czyli do budżetu wpłynie od jednego tylko samochodu ponad 20 tys. zł w 4 lata. Przy cenie samochodu na poziomie około 55 tys. zł netto kupujący mógłby odpisać około 12 tys. podatku. Dla firm to całkiem sporo. Państwo nadal jednak zarabiałoby, i to tylko na paliwie. Dochodzą opony, serwisy, mechanicy i dziesiątki innych usług, z których też do państwowej kasy wpłyną pieniądze z podatków. Z pozycji dziennikarza widać zarobek na zwiększonej sprzedaży samochodów, z pozycji ministra...