Pracuję dla polskiego przedsiębiorcy i szukam dla jednej z jego spółek kandydatów na stanowisko dyrektora finansowego. Moim klientem jest nie tylko właściciel, ale także i prezes spółki, który mu podlega. Poszukiwania idą dobrze, choć w procesie rekrutacyjnym zdarzyło mi się kilka razy zauważyć rozbieżność zdań między właścicielem a prezesem. Mam krótką listę trzech kandydatów i właśnie udało mi się w końcu ich umówić na ten sam dzień. Kiedy kończę pisać plan spotkania, nawet nie mam czasu się nacieszyć, że mam za sobą żmudną i trudną pracę logistyczną przy koordynowaniu terminów, a już dostaję telefon od asystentki prezesa, która mówi:
- Spotkania zostały odwołane. Przepraszam.
- Co się stało?
- Nie wiem, proszę pana. Prezes nie przyjedzie do pana jutro i kazał mi zadzwonić do pana.
Hamujź siź i zaraz dzwonię do właściciela, aby go grzecznie zapytać: - Czy pan mógłby sam spotkać się z tymi kandydatami?