Osoby sceptycznie nastawione do członkostwa w Unii Europejskiej, a w szczególności do przyjęcia euro, na ogół mają prosty sposób rozumowania. Bilans korzyści mierzą "kasą", jaką przyśle nowym członkom Unii Bruksela oraz stratami, jakie ponoszą krajowi producenci wystawieni na konkurencję wspólnego europej- skiego rynku. Ekonomiście ten sposób rozumowania jest dość łatwo obalić. Wystarczy odwołać się do czynników, jakie wpływają na długoterminowe tempo wzrostu gospodarczego, kluczowy miernik opłacalności działania w obszarze wspólnego rynku i wspólnej waluty. Niewłaściwy kierunek rozumowania powoduje, że opinii publicznej umyka ważny aspekt, który decyduje o unijnym sukcesie - jest nim właściwa wewnętrzna polityka gospodarcza. Ten czynnik jest decydujący, szczególnie po przyjęciu wspólnej waluty. Sceptykom euro dedykuję przykład Hiszpanii, która z jednej strony świetnie sobie radzi ekonomicznie, z drugiej pokazuje, jakie wyzwania stoją przed polityką gospodarczą.

Pobieżna analiza wyników gospodarczych Hiszpanii może wprawić w zachwyt. Wzrost na poziomie 3,4 procent w 2005 roku był znacznie powyżej średniej eurolandu. Głównym powodem do zazdrości jest jednak informacja o tym, że aż 60 procent nowych miejsc pracy w całej strefie euro powstało w Hiszpanii. Sukcesy tego kraju nie dotyczą tylko 2005 roku, ale całego ostatniego dziesięciolecia. Hiszpania zmniejszyła stopę bezrobocia o ponad 12 procent, zamieniła pięcioprocentowy deficyt budżetowy na jednoprocentową nadwyżkę. Dług publiczny w tym okresie spadł z 67 do 43 procent. Gwałtownie rozwinął się sektor finansowy, którego aktywa wzrosły z 220 do 330 procent PKB. Hiszpania może służyć za sztandarowy przykład dużego kraju, który skorzystał nie tylko na dostępie do wspólnego europejskiego rynku, ale również na wprowadzeniu jednolitej europejskiej waluty.

Dlaczego, jeśli jest tak dobrze, to należy obawiać się o przyszły rozwój Hiszpanii? Szybki wzrost gospodarczy i znaczna redukcja bezrobocia okupiona została przyspieszeniem inflacji i gwałtownym wzrostem deficytu na rachunku bieżącym. Niskie stopy procentowe eurolandu w połączeniu ze stosunkowo wysoką inflacją doprowadziły do sytuacji bardzo niskich realnych stóp procentowych. Wywołany boom kredytowy spowodował gwałtowny wzrost popytu konsumpcyjnego. Szczególnie niebezpieczny okazał się wzrost zaciąganych kredytów hipotecznych, który spowodował "eksplozję" cen nieruchomości. Rosnącemu popytowi wewnętrznemu nie towarzyszył równie dynamiczny wzrost produkcji. Powstałą lukę zaczął wypełniać lawinowo rosnący import. "Studzenie" popytu wewnętrznego za pomocą zacieśniania polityki fiskalnej nie przyniosło wystarczających rezultatów. Okazało się, że rosnące ze wzrostem gospodarczym płace, przy względnie dużej inflacji musiały doprowadzić do utraty międzynarodowej konkurencyjności gospodarki. Dynamiki płac nie udało się skutecznie zahamować ze względu na usztywniony, oparty na umowach zbiorowych rynek pracy. Przed jeszcze szybszym rozkręceniem się spirali płacowo-inflacyjnej Hiszpanię "uratowało" otwarcie rynku dla imigrantów i wzrost aktywności zawodowej kobiet. Jasna zatem staje się decyzja hiszpańskiego rządu o otwarciu rynku pracy dla przybyszów z nowych krajów Unii. Nowy zastrzyk wysoce mobilnej i płacowo konkurencyjnej siły roboczej to czynnik istotnie hamujący rosnące koszty pracy. W długim okresie Hiszpanię czeka jednak żmudny proces zmian pozwalających przyspieszyć wzrost wydajności pracy. Przykład hiszpański pokazał, że wzorowa polityka fiskalna, utrzymanie nadwyżki budżetowej może w długiej perspektywie okazać się niewystarczające. Opóźnienie liberalizacji rynku pracy, uleganie partykularnym interesom poszczególnych grup zawodowych może podmyć fundament długookresowego rozwoju - międzynarodową konkurencyjność gospodarki, opartą na trwałym wzroście wydajności pracy. "Siedem lat tłustych" Hiszpanii w strukturach Unii Europejskiej może zamienić się w "chude" lata koniecznych reform strukturalnych.

Zastępca dyrektora wykonawczego MFW (Waszyngton)