Dzwoni blacharz do klienta, który wstawił do jego zakładu rozbity samochód, sprowadzony za okazyjną cenę z zagranicy. - Panie szanowny, co to za marka jest? - pyta blacharz. - A co się stało? - pyta zaniepokojony klient. - Panie, od dwóch tygodni z tym walczę i jakbym nie klepał, to wychodzi mi przystanek autobusowy - odpowiada blacharz.

Śmieszne? Owszem, ale po chwili zastanowienia można dostrzec w tym spore ziarno prawdy i to, niestety, smutnej. W Europie Zachodniej wszyscy znają porzekadło, że Polak potrafi. Dlatego za symboliczne 50 czy 100 euro sprzedają naszym rodakom auta stare i powypadkowe. Pół biedy, jeśli samochód ma pęknięty zderzak i rozbity reflektor. Taką usterkę naprawi większość nawet kiepskich mechaników. Gorzej, jeśli pęknięcie idzie od przedniego do tylnego zderzaka przez cały samochód i spowodował je hamujący pociąg.

Po wejściu Polski do wspólnej Europy ruszyła do nas prawdziwa lawina używanych aut z Zachodu. Przyjechało ich w ciągu dwóch lat ponad dwa miliony. Wiele z nich to auta w miarę nowe i nadające się jak najbardziej do dalszej eksploatacji. Jednak większość prywatnego importu to auta mające powyżej 8 lat. Mocno zjeżdżone i w stanie technicznym - najdelikatniej mówiąc - pozostawiającym wiele do życzenia. Polski rząd wprowadził więc obowiązkowe kontrole techniczne pojazdów rejestrowanych po raz pierwszy w kraju. Idea bardzo słuszna, bo wiele z aut sprowadzonych z zagranicy to naprawdę bomby z opóźnionym zapłonem, które zagrażają bezpieczeństwu ruchu drogowego.

Komisja Europejska (KE) dopatrzyła się jednak w naszych przepisach elementu dyskryminującego wspólnotowy handel. Samochody, które już były rejestrowane w kraju, nie podlegają bowiem takim samym badaniom technicznym co te sprowadzone. Również cena badania budzi sprzeciw unijnych komisarzy. Za dopuszczenie do ruchu sprowadzonego auta stacja kontroli pojazdów pobiera 169 zł. Za badanie auta "krajowego" 70 proc. mniej. To faktycznie nie fair. Polska ma dwa miesiące na ustosunkowanie się do wniosku z Brukseli.

Motoryzacyjni eksperci już od dawna biją na alarm w sprawie nadmiernego importu używanych samochodów i ich stanu technicznego. Po pierwsze, zabija to naszych dilerów i importerów, a po drugie, stajemy się złomowiskiem Europy. Jest w całej sprawie jednak drugie dno. Badania techniczne naprawdę powinny być takie same dla wszystkich. Dlaczego? Dlatego, że w Polsce w majestacie prawa też handluje się wrakami pojazdów. Robią to na przykład firmy ubezpieczeniowe. Rozbite w wypadkach samochody można odkupić od ubezpieczalni. To powoduje, że samochód na przykład z elementami wspomnianego przystanku autobusowego i zostawiający cztery ślady ponownie trafia na drogę. Co gorsza, takie praktyki nakręcają także szarą strefę. W środowisku motoryzacyjnym cały czas funkcjonuje termin kupowania samochodów na papiery. Czyli rozbite auto kupuje się jedynie dla legalnych dokumentów. Do nich "dopasowuje" się odpowiedni samochód... Taki swoisty przeszczep trudno wykryć policji i proceder od lat kwitnie. Niestety, rząd i Ministerstwo Transportu nie mają na razie pomysłu na uporządkowanie spraw związanych ze starymi samochodami. Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców nadal nie spełnia swojej roli i nie umieszcza się w niej pojazdów, które na drogi nie powinny już nigdy wyjechać. Może jednak już czas pomyśleć o bezpieczeństwie na drogach i stworzyć jasne przepisy dotyczące napraw i dopuszczenia do ruchu. Auta rozbite czy mocno wyeksploatowane niech będą przeznaczane co najwyżej na części. Kupujący auto w Polsce czy też za granicą niech wykonują te same badania - to leży także w ich interesie. Stworzenie tych przepisów jest naprawdę dość proste i nie wymaga nadludzkich wysiłków czy niespotykanej wiedzy. Trzeba jednak chcieć, a nie jedynie bać się Brukseli. A problem widać z każdego okna wychodzącego na ulicę.