Cieszę się, że nareszcie komuś - przed miliardami widzów - udało się dostroić swój "body language" do własnych myśli. Uderzenie z byka Zidane'a odzwierciedla to, co myśli w głębi serca. Trudno się pogodzić z brutalnością jego zachowania, ale mimo wszystko pocieszam się, że pokazał prawdę.
Długo miałem złudzenie, że sport jest piękny, podczas gdy tak naprawdę wszystko jest przekłamane. Gracze są trenowani, aby obrazić przeciwnika. Minister sportu przymyka oczy na oszustwa niektórych największych klubów. A my wszyscy robimy dobrą minę do złej gry, gratulując zwycięzcom.
Tutaj nie chodzi tylko o sport, lecz także o biznes. To, że gramy, aby dopiąć swego, jest ludzkie. To, że utrzymujemy ducha walki, czasem w przesadny sposób (patrz, jak niektóre firmy farmaceutyczne szkolą handlowców...), jest skuteczne. Ale dlaczego jeśli tak robimy, to mamy się okłamywać, że wszystko jest pięknie? Tak naprawdę, okłamując siebie, robimy sobie krzywdę. Mówimy to, w co chcielibyśmy wierzyć, ale przez to przestajemy dostrzegać, co czujemy.
Na co dzień z przykrością patrzę na okrutną rozbieżność między wypowiedziami moich kandydatów a ich "body language": Ta kandydatka mówi, że nie boi się stracić posady, a siedzi niekomfortowo na brzegu krzesła. Ten kandydat przyznaje mi rację, ale odchyla głowę do tyłu, wykręcając nos, jakbym zjadł tonę czosnku. Kolejny deklaruje, że trzeba wierzyć, że się mu uda, a jego głos przechodzi w wysoki ton, jakby dostał kopa między nogi. Jeszcze inna kandydatka pogodziła się z porażką, ale kiedy mówi, że co nas nie zabije, to wzmocni, dostaje zadyszki. Inny kandydat natomiast mi gratuluje i zaciska przy tym zęby... Takich przykładów mógłbym wymienić jeszcze milion.
Ta rozbieżność między "body language" a wypowiedziami dotyczy każdego z nas, bez wyjątku. Nieliczni są ci, którzy potrafią to zauważyć i pogodzić się z tym rozczarowaniem w stosunku do siebie. Rzeczywiście, kiedy brakuje spójności pomiędzy tym, na kogo się kreujemy, a tym, kim jesteśmy naprawdę, czujemy rozczarowanie. Najczęściej jest ono podzielane przez otoczenie. I co z tego? Tak jest. Nawet geniusz jest czasem łobuzem. Nawet mistrz świata ma swoje paskudne słabe strony. Nawet prezydent ma swoje dolegliwości moralne. A najlepszym kandydatom zdarza się zgubić w drodze na szczyt. Negacja takiej rzeczywistości natury ludzkiej tworzy świat jeszcze gorszym, niż jest. Dlatego po dwóch dniach kaca moralnego podnoszę się i śmiem otwarcie mówić, że trzymam za Zizou.