Po piątkowej sesji nastroje wśród inwestorów i analityków były paskudne, a Wigometr osiągnął wartość minus 53 pkt, czyli najniższą od 31 marca. Prognozujących spadek było aż 65 proc. Wracam do tego jedynie jako do ciekawostki pokazującej słynne "prawo longa" na GPW. Co bowiem stało się w poniedziałek? Mimo trzeciej z rzędu trzycyfrowej przeceny Dow Jones na piątkowej sesji, kontrakty rozpoczęły notowania na plusach, grając już pod odreagowanie silnie wyprzedanego rynku. To jest dopiero sztuka, by porażkę amerykańskich indeksów przekuć w swój sukces.
Trzeba to przypomnieć, bo w tym świetle zupełnie inaczej wygląda poranny spadek. Nie było tutaj naporu podaży, a jedynie była to kara za poranny optymizm, niepotwierdzony także przez rynki regionu. Znowu mieliśmy do czynienia z sytuacją, że po stronie popytu nie stały prawie żadne większe zlecenia i praktycznie każda transakcja silnie przeceniała rynek. Taki ruch zabiera punkty bykom tak samo, jak każdy inny, ale jest znacznie mniej destrukcyjny/trwały niż agresywna podaż od największych funduszy generująca obroty na poziomie przekraczającym 1 mld zł. Końcówka sesji po części taką ocenę rynku potwierdza, ale przy BUX spadającym ponad -2,0 proc. czy tureckim ISE ponad -3,0 proc. ciężko walczyć WIG20 o wyjście na plusy, tym bardziej w odniesieniu do
tego, co pisałem wczoraj w "analizie weekendowej". Co na dzisiaj? Wczorajsze notowania nie dały żadnej wskazówki (niskie obroty - brak dużych inwestorów),
a rodzime fundusze będą czekać na dane o produkcji przemysłowej w środę, więc znów największy wpływ wywierać będą nastroje przeniesione z zachodnich
rynków.