Euforii po środowym wystąpieniu szefa Fedu wystarczyło na jeden dzień. W czwartek indeksy w USA znowu zaczęły iść w dół. Dlaczego zapał kupujących wyczerpał się tak szybko? Reakcja rynków wygląda niemal identycznie, jak w końcu czerwca. Wówczas Fed złagodził nieco ton komunikatu dołączonego do decyzji o podwyżce stóp. Mimo że zmiany w porównaniu z majowym komunikatem były kosmetyczne, to inwestorzy zaczęli prześcigać się w kupowaniu akcji. Także wówczas zapał wyczerpał się jednak bardzo szybko. Nie upłynęły dwa tygodnie, a S&P 500 znalazł się poniżej poziomu, z jakiego "startował" w reakcji na rzekomo pozytywny wydźwięk komunikatu Fedu.
Zmiana oczekiwań
nie pomogła
Zauważmy, jaka ewolucja nastąpiła w oczekiwaniach rynku na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy. W połowie maja inwestorzy zaczęli się obawiać, że wbrew wcześniejszym sygnałom stopy procentowe jednak nie przestaną rosnąć. Właśnie tymi obawami tłumaczono wyprzedaż akcji w połowie maja. Pod koniec czerwca sytuacja się diametralnie zmieniła. Fed złagodził ton wypowiedzi, a analitycy spodziewają się, że koniec cyklu podwyżek kosztów pieniądza jest już bardzo bliski. Skoro tak, to dlaczego S&P 500, zamiast powrócić do szczytów z maja (kiedy zaczęto obawiać się kolejnej serii podwyżek), nie zdołał oddalić się zbytnio od czerwcowego dołka? Odpowiedę staje siź jasna, jeśli przytoczymy kluczowe zdanie z ostatniego wystąpienia szefa Fedu: "Jeżeli zgodnie z oczekiwaniami dojdzie do spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego, powinno pomóc to w stopniowym ograniczeniu napięć inflacyjnych". Powód możliwego zatrzymania wzrostu stóp w USA jest zatem jasny - jest nim nadchodzący spadek dynamiki gospodarczej. A to oznaczać będzie zapewne mniejszy wzrost zysków spółek. Wygląda więc na to, że inwestorzy nie mają zbytnio powodów do radości. Co z tego, że stopy przestaną rosnąć, skoro gospodarka zwalnia? Jest to zapewne jedyne logiczne wytłumaczenie faktu, dlaczego S&P 500 nie powrócił do majowych szczytów.
Wskaźniki straszą