Tylko jeden dzień trwała euforia po wystąpieniu Bena Bernanke, w którym szef Fed zasygnalizował możliwą przerwę w serii podwyżek stóp procentowych w USA. W piątek po czwartkowych zakupach nie było ani śladu, szczególnie na rynkach rozwiniętych. Zostały tylko rozbudzone nadzieje i dodatkowa potencjalna podaż akcji od inwestorów, którzy kupowali papiery w nadziei na dłuższy zryw rynków. Niektórym indeksom znów w oczy zajrzało widmo spadku poniżej czerwcowych dołków. Wśród wskaźników, które są bliskie wygenerowania sygnału kontynuacji zapoczątkowanej w maju przeceny, jest niemiecki DAX. Wprawdzie z czwartkowego wzrostu zostało jeszcze 20 punktów, ale do minimum z 13 czerwca brakuje już tylko 140 punktów, co stanowi mniej niż 3 proc. obecnej wartości indeksu. Na wykresie opartym na skali logarytmicznej oznaczałoby to spadek poniżej linii trendu, biorącej początek jeszcze w sierpniu 2004 roku. W takim wypadku należałoby się liczyć z kontynuacją przeceny i spadkiem DAX poniżej

5 tys. pkt. Realizacja takiego scenariusza nie pozostałaby zapewne bez wpływu także na sytuację rynku warszawskiego, choćby dlatego, że bardzo luźna w ostatnich latach korelacja między obydwoma rynkami (nie mówiź o pojedynczych ruchach w tym samym kierunku, mam na myśli współczynnik korelacji policzony na podstawie tygodniowych stóp zwrotu) osiąga najwyższe wartości od 1999 roku.

Rynki wschodzące większą część czwartkowych (środowych w przypadku giełd południowoamerykańskich) zdobyczy obroniły. Warto jednak zwrócić uwagę, że w wyniku jednosesyjnego skoku nie doszło do jakichś zasadniczych zmian. Na największych emerging markets mamy te same trendy, co przed wystąpieniem szefa Fed. I tak w przypadku koreańskiego Kospi posiadaczy akcji wciąż straszy podwójny szczyt - przeciągnął się jedynie ruch powrotny do linii szyi, brazylijski wskaźnik Bovespa utrzymuje się w średnioterminowym trendzie bocznym, a rosyjski RTS wciąż pozostaje ponad 15 proc. poniżej majowego szczytu.