Poczucie konfliktu interesów towarzyszy każdemu, kto pracuje na rynku finansowym i jednocześnie aktywnie inwestuje własne pieniądze. Nie ma dobrej recepty na to, jak ten konflikt wyeliminować.
Proponowany ustawowy zakaz inwestowania przez pracowników towarzystw emerytalnych i ich rodzin w akcje czy obligacje jest najbardziej radykalnym rozwiązaniem. Innym, znanym już z praktyki, są obowiązki informacyjne, jakim podlegają np. menedżerowie spółek giełdowych. Nie trzeba jednak samemu inwestować, by zarabiać nieuczciwie na giełdzie. A babcia, ciocia, stryj? Mogą nie znać się na finansach, ale mieć tyle szczęścia, co znany warszawski polityk od handlu antykami. Czy jednak z faktu, że można obejść jakieś przepisy, wynika, że nie powinno ich być? Niekoniecznie. W jakiejś mierze stawiają przecież tamę nadużyciom.
Zakaz inwestycji w akcje, obligacje czy kontrakty może być jakimś rozwiązaniem. Pytanie, kogo powinien dotyczyć. Czy na równi sprzątaczkę i zarządzającego setkami milionów złotych? Chyba nie. W niektórych przypadkach wystarczą jasne, wewnętrzne procedury kontrolne - probierz złej bądź dobrej woli pracownika.
Nie ma co płakać nad ograniczaniem swobód obywatelskich. Przecież w zamian są "ślepe portfele", fundusze inwestycyjne czy usługi zarządzania aktywami. Z pracą w określonym miejscu łączą się czasem przywileje, np. spore zarobki, i mogą łączyć się także wyrzeczenia. Wprawdzie też bardziej cenię ideę samoograniczania się niż ograniczeń narzuconych z góry, ale przecież wiemy, że nie wszystkim ta idea przemawia do wyobraźni.