Wczorajsza sesja może zasiać ziarno niepewności wśród inwestorów liczących na łatwe sforsowanie przez WIG majowego szczytu. W poniedziałek można było zauważyć próby sztucznego wyprowadzenia indeksu ponad tę barierę zleceniami kupna koszyka akcji największych firm, co ostatecznie się nie powiodło. Ewidentnie brakowało chętnych do kupowania akcji na tych poziomach. Wczoraj było podobnie, co w początkowej fazie sesji zaowocowało bardzo niskimi obrotami. Ci, którzy chcieli się pozbyć większej ilości akcji, musieli akceptować wyraźnie niższe ceny. W efekcie notowania stopniowo obniżały się, choć ostateczna skala zniżki wynikała z zachowania rynku w końcowych dwóch kwadransach sesji. Inwestorzy w USA źle przyjęli czerwcowy raport o dochodach i wydatkach Amerykanów. Potwierdził on, że inflacja nadal jest groźna. Jednocześnie kolejny miesiąc ujemna okazała się stopa oszczędności oraz znów w dwucyfrowym tempie, porównując z tym samym miesiącem 2005 r., podniosły się koszty odsetek. Wzrost nominalnych wydatków w skali rocznej utrzymuje się na dość wysokim poziomie (od ponad roku

12-miesięczna średnia nieznacznie waha się na poziomie

6,5 proc.), ale w ujęciu realnym dużą część tego wzrostu "zjada"

inflacja.

Trudno mówić o poważniejszych konsekwencjach dla przyszłej koniunktury wczorajszego spadku. Tym bardziej że aktywność inwestorów znów pozostawiała wiele do życzenia. Wartość obrotów byłaby znacznie niższa, gdyby nie przeprowadzono dużych transakcji akcjami TP i PKN. Jednocześnie przekonaliśmy się wczoraj, że przy skromnych obrotach każde zachowanie rynku jest możliwe. Tak jak bez problemów szedł w górę, w przypadku pogorszenia nastrojów na świecie może z łatwością zniżkować. Dwa poprzednie przypadki, gdy WIG20 w cztery tygodnie zyskiwał około jednej czwartej (wystąpiły w listopadzie 2001 r. oraz wrześniu 2003 r.), przestrzegają przed nagłym odwróceniem koniunktury. W obu tych sytuacjach inwestorzy z dużą determinacją realizowali zyski z szybkiej zwyżki i w efekcie w kolejnych dniach indeks stracił po ponad 10 proc.