Wyraźny spadek notowań na amerykańskich giełdach tłumaczono wczoraj przede wszystkim powrotem obaw przed inflacją. Miały się wiązać z opublikowaniem jednego ze wskaźników obrazujących inflację w gospodarce USA, opierającego się na wydatkach konsumenckich. Jest on bacznie śledzony przez Fed i uznawany za najlepszy miernik inflacji dlatego, że odzwierciedla ceny nie stałego koszyka dóbr, ale zmie- niającego się w zależności od decyzji zakupowych konsumentów. Co jednak takiego przyniosły te dane, żeby można było nimi tłumaczyć wyraźny spadek na giełdach? Dotyczyły czerwca, a już wcześniej poznaliśmy wskaźniki CPI i bazowy CPI, które wykazały przyspieszenie inflacji. Podane wczoraj dane nie odbiegały też od szacunków analityków. Były natomiast jednymi z najwyższych w ostatnich latach. Zastanawia przy tym, dlaczego nie wywołały większej reakcji na rynku obligacji. Rentowność 10-latek podniosła się symbolicznie. Po sporych wahaniach ostatecznie również dolar stracił na wartości. To wszystko wskazuje, że stopniowo uwaga inwestorów przesuwa się z kwestii związanych z inflacją i polityką pieniężną na elementy związane z koniunkturą gospodarczą. W dalszym ciągu inwestorzy nie do końca potrafią sobie odpowiedzieć na pytanie, czy gospodarka już zaczyna odczuwać skutki dotychczasowych podwyżek kosztów pieniądza, co oznaczałoby, że dalsze zacieśnienie polityki pieniężnej nie byłoby już konieczne czy też jeszcze ich nie widać, co pozostawiałoby miejsce na kolejną podwyżkę, ale ostatecznie również powodowałoby obawy przed schłodzeniem koniunktury. Innymi słowy, oznaczałoby to, że jesteśmy albo już po albo tuż przed szczytem koniunktury. Dla rynku akcji obie możliwości niosą ze sobą złe konsekwencje. Pytanie, czy indeksy mogą wiźcej tracić jedynie w wyniku utrzymujących się obaw, czy też do trwalszej zniżki potrzeba potwierdzenia słabszej koniunktury przez gorsze dane makro, które mogą pojawić się dopiero za 3-4 miesiące.