Nigdy nie posądzałbym Jarosława Kaczyńskiego, który znany jest z braku dbałości o dobra materialne, o taką przezorność. Na ministra finansów powołał człowieka, który prawdopodobnie już w wieku licealnym rozpoczął pracę nad gromadzeniem majątku. W przyszłości miał go zainwestować na rozwijającym się rynku kapitałowym i osiągnąć niebywały sukces. Dziewięć milionów, które Stanisław Kluza zyskał, grając na giełdzie, może przyprawić o zawrót głowy i zazdrosne drżenie rąk.

Jednak rasowy inwestor, za jakiego się uważam, nie poddaje się łatwo niskim emocjom, tylko przeprowadza racjonalną analizę. A z tej wynika, że minister Kluza, kierujący polskimi finansami, może być antidotum na zapędy polityków, bez opamiętania sięgających do państwowej kiesy. Jeżeli ktoś sam umie oszczędzać, może nauczyć tego innych. Jednocześnie jeżeli ktoś dorobił się własnego majątku, niechętnie dzieli się nim z państwem. To pozwala mieć nadzieję, że ludzie zarabiający na obracaniu gotówką znajdą u ministra zrozumienie i przestaną dzielić się wypracowywanymi zyskami. Tak jak z nikim (a szczególnie z państwem) nie dzielą się ryzykiem, które ponoszą, inwestując. Bo przecież już i tak działają na rzecz wszystkich uczestników rynku.

M. C. (nazwisko znane redakcji)