Skuteczność tego (anty)wskaźnika jest dość wysoka, co wielokrotnie tutaj już
pokazywałem, a o czym raz jeszcze mogliśmy się przekonać choćby w czerwcu,
gdy saldo prognozy spadło do 20 pkt. (najniżej od listopada 2005 r.) a saldo
oceny z 31 do -9 pkt. (!). Tak wyraźne pogorszenie nastrojów samo w sobie
wymusiło odreagowanie. W sierpniu saldo prognozy wynosi 31 pkt., a saldo
oceny 20 pkt. To wartości neutralne i dające największe szanse na
konsolidację, która zresztą trwa już dwa tygodnie. Średnia z ostatnich 24
miesięcy dla tych wskaźników to odpowiednio 30,9 pkt. i 23,4 pkt. Czyli
męczymy się dalej.
W Stanach sytuacja prezentuje się zupełnie inaczej i to jest też jednym z
powodów, dla którego amerykańskie indeksy pomimo fatalnych wiadomości
spływających na rynek mogły w ostatnich tygodniach zachowywać się znacznie
lepiej od rynków wschodzących. W ankiecie Investors Intelligence liczba
byków w ostatnim tygodniu miała wartość 40,9 proc. podczas gdy liczba
niedźwiedzi 36,6 proc. Historycznie patrząc, są to bardzo pesymistyczne
wartości wskaźnika. Amerykańscy inwestorzy znani są z optymistycznego
nastawienia do rynku akcji i wystarczy powiedzieć, że obecnie notowana
liczba niedźwiedzi ostatni raz tak wysoką wartość osiągnęła na początku 2003
roku. Liczba byków dno wprawdzie zanotowała 21 czerwca tego roku na poziomie
35,6 pkt. (pierwsze i jedyne od prawie 4 lat zrównanie liczby byków i
niedlikowany w ostatni piątek
indeks Uniwersytetu Michigan, który mocno rozczarował. Zamiast oczekiwanego
niewielkiego spadku z 84,7 do 83,8 pkt. w sierpniu (średnia wartość indeksu
od roku 1978 wynosi 88,1 pkt.) było jedynie 78,7 pkt. (najniższa prognoza
ankietowanych 53 banków zakładała 80 pkt.). Konsumenci panicznie
przestraszyli się inflacji i oczekiwania inflacyjne gwałtownie wzrosły.
Jeszcze miesiąc temu w następnych 12 miesiącach oczekiwano inflacji na
poziomie 3,2 proc. a teraz już 4,2 proc. Nie zmieni to polityki Fed, co
potwierdziła już piątkowa reakcja rynku obligacji (rentowność 10-latek
spadła na nowe dołki 4,835 proc.), ale dobrze obrazuje to nastroje w
Stanach. Inwestorzy na rynku akcji mają podobne obawy.
Gdyby opierać się tylko na opisanych wyżej wskaźnikach sentymentu i pominąć
sferę makro, to wniosek jaki płynie z takiego odczytu sentymentu jest dla
amerykańskich akcji optymistyczny. Tylko jak pogodzić to wszystko z coraz
wyraźniejszym spowolnieniem gospodarki już nie tylko amerykańskiej, ale i
światowej ? Parafrazując Stephena Roach`a (patrz akapit niżej) - ten
nadmierny i niespotykany od 2003 r. pesymizm inwestorów pozwoli groźnie
rozchwianym amerykańskim rynkom akcji kupić sobie trochę czasu, zanim efekty
powrotu do normalnej polityki monetarnej przez banki centralne zakończą
wspieranie spekulacyjnych baniek.
Na koniec polecam wszystkim lekturę artykułu autorstwa Stephen`a Roach,
ekonomisty banku Morgan Stanley, który w ostatnim tygodniu opublikował w
Financial Times artykuł "Not Much Fizz Left in the Global Economy" (dostępny
m.in. na stronach banku). Tekst można podsumować jako wyznaczenie szczytu
czteroletniego, największego od początku lat 70-tych, światowego boomu
gospodarczego. Argumentów wszystkich wymienić nie sposób, choć jak
powszechnie wiadomo lawinę spowolnienia uruchamia zawsze amerykański
konsument, a pustkę po jego wydatkach w światowej gospodarce na obecnym
etapie nie zapełni ani Europa, ani przegrzane Chiny, czy za mała Japonia lub
Indie. Przez lata wszyscy powtarzali, że "globalny boom wspierała nadmierna
płynność rynków finansowych, która była konsekwencją działań
antydeflacyjnych, podejmowanych przez największe banki centralne". Roach
przypomina, że ten boom miał też drugą stronę medalu - globalną nierównowagę
o bezprecedensowej skali. "Nadmierna płynność pozwoliła temu groźnie
zachwianemu światu kupić trochę czasu. Kiedy banki centralne powróciły do
normalnej polityki monetarnej, ten czas zaczął się kończyć".
[email protected]