Dla Ligi Polskich Rodzin wybory samorządowe są bardzo ważne. Sondaże pokazują, że LPR właściwie walczy o być lub nie być w polityce - czyli o to, aby udowodnić, że jest w stanie przekroczyć wymagany próg 5 proc. Pozostali partnerzy w obecnej koalicji - według sondaży - mają wyższe poparcie. W razie złego wyniku może się okazać, że z LPR nikt w koalicji nie będzie się liczył - jaki jest bowiem sens realizować program partii, która wkrótce zniknie z życia politycznego?
Stąd rozumiem, że wybory samorządowe wywołują zdenerwowanie u polityków LPR. Ale nie rozumiem, skąd bierze się taki pociąg do nie najmądrzejszych posunięć. Już pierwsza decyzja Romana Giertycha o obniżeniu wymagań dla maturzystów wywołała falę krytyki. Teraz LPR zabrała się za prywatyzację. I od razu z grubej rury - chce unieważnić niektóre transakcje. Nie wierzę, żeby ktokolwiek w tej partii myślał poważnie, że odwrócenie prywatyzacji jest możliwe. Ale wkurza mnie, że - bądź co bądź - minister edukacji rzuca takie pomysły, zamiast się uczyć. Choćby na ukraińskich doświadczeniach, gdzie też zapowiadano rewizję prywatyzacji, a nic z tego nie wyszło. Poza tym, że nieufność wobec tego państwa wzrosła. I taki sam rezultat będzie miało wystąpienie LPR - wszystko zostanie po staremu, tylko Polska będzie miała opinię "jeszcze dziwniejszego kraju".
Rzuca się w oczy, że LPR jest gotowa złapać się każdego sposobu, aby przeskoczyć próg wyborczy. Jak pisał - bodajże Słonimski - "tonący brzydko się chwyta". Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby elektorat zauważył nie tylko "brzydkie chwyty", ale także fakt, że mowa o "tonącym".