Sesja wczorajsza miałaby lekko pozytywny charakter, gdyby nie minimalne obroty. W tej sytuacji przewidywanie kilkudniowego wzrostu indeksów giełdowych na podstawie samego przełamania linii króciutkiego, dwutygodniowego trendu spadkowego wydaje się dość ryzykowne.
Z układu wykresu byłby to całkiem prawdopodobny scenariusz, przy czym trzeba zdawać sobie sprawę z siły oporów zgrupowanych między 3150 a 3300 punktów (dla WIG20). Moim zdaniem,
sforsowanie tego poziomu w ciągu najbliższych dwóch-trzech miesięcy będzie bardzo trudne. Trudno też znaleźć powody, dla których mielibyśmy doświadczyć jakiejś
silnej fali wzrostowej akurat teraz, w okresie, który historycznie nie przynosił korzystnych stóp zwrotu. Po pierwsze: wyniki spółek - jakie by nie były - zostały już uwzględnione w cenach akcji. Zresztą w przypadku większości dużych firm nie stanowiły niespodzianek ani pozytywnych, ani negatywnych. Więcej dobrego można powiedzieć o mniejszych i średnich spółkach, z których kilkanaście solidnie przysłużyło się swoim akcjonariuszom. Po drugie, nie liczyłbym na znaczący wzrost aktywności ze strony inwestorów zagranicznych. Im bliżej końca roku, tym bardziej będą się oni starali zabezpieczyć tegoroczne, niemałe przecież w końcu zyski. Dopiero w ostatnich tygodniach roku możemy mieć do czynienia z większymi zmianami alokacji. W końcu atmosferze okołogiełdowej zdecydowanie nie pomagają rozgrywki polityczne - mam tu na myśli głównie populistyczne hasła padające tu i ówdzie, zwłaszcza w kontekście banków. Kto wie, czy w ogólnej "anty-bankowej" atmosferze nie padnę
propozycje wzorowanego na rozwiązaniu węgierskim dodatkowego podatku od zysków banków