domów wyczuwalne są w wielu gałęziach gospodarki, gdzie zaczyna brakować
zamówień, co wpływa na poziom rentowności, a tym samym na poziom
zatrudnienia. Część ludzi straci pracę. Także tych, którzy mają kredyty.
Globalna jakość kredytów zacznie słabnąć, a pojawi się problem ich spłaty.
Słabnący rynek nieruchomości, który przecież był faktycznie
zabezpieczeniem dla tych kredytów skłoni banki do podjęcia działań
mających na celu urealnienie malejącej wartości przedmiotu zabezpieczeń.
Cześć nieruchomości, których klienci nie będą w stanie sprostać nowym
wymogom zostanie przejęta przez banki i powiększy pulę podaży domów, co
tylko pogłębi spadek cen. Czarny scenariusz będzie się powoli realizować.
Obecnie mamy pierwsze oznaki osłabienia na rynku nieruchomości. Pytanie,
czy to już początek poważnych problemów, czy też tylko korekta hossy? Za
oceanem z wielu ust padają słowa uspokajające, że nie jest jeszcze tak
źle, że nie grozi załamanie. Właśnie w ubiegłym tygodniu wraz z danymi o
obrotach nieruchomościami pojawiło też kilka odmiennych głosów, które w
swej wymowie były bardziej złowieszcze.
Obserwowana w ostatnim czasie siła konsumpcji po części była wynikiem
hossy na rynku nieruchomości. Wysokie czynsze wynajmu, rosnące ceny
posiadanych nieruchomości czy tani kredyt pozwalały na radosne
zaspokajanie potrzeb, a tym samym na zgłaszanie popytu na różne dobra.
Teraz, gdy rynek nieruchonych.
Rynek nieruchomości słabnie, co widać po publikowanych danych. Wskaźnik
nastrojów branży budowlanej spadła z 67 rok temu do 32 w sierpniu tego
roku. Tym samym można przyjąć, że tylko trzecia część ludzi z branży jest
zdania, że sprawy idą w dobrym kierunku. Wg nich rynek jest teraz
trudniejszy i wymaga coraz większych wysiłków, by przekonać kupca. Co
ważne, rośnie liczba kupców, którzy wycofują się z transakcji. Ma to
znaczenie, gdyż dane o obrotach nieruchomościami są faktycznie danymi o
liczbie podpisanych kontraktów, a nie rzeczywistym przejęciu domu.
Fakt, że obecnie sprzedaż domu już nie jest tak łatwa jak jeszcze rok temu
sprawia, że strona podażowa posiłkuje się różnego rodzaju zachętami. W
efekcie cena zakupionego domu jest w rzeczywistości niższa do tej w
kontrakcie. Taka obserwacja stawia w innym świetle dane o zmianie cen
nieruchomości. Wg ostatnich danych obecna mediana ceny sprzedanego nowego
domu jest niewiele wyższa od tej sprzed roku. Mając w pamięci wspomniane
już wyższe koszty pozyskania kupca na dom można chyba stwierdzić, że ceny
nieruchomości w najlepszym wypadku już nie rosną, a właściwie zaczynają
spadać.
Wraz z danymi o spadku liczby sprzedaży nowych domów (w lipcu spadła ona o
ponad 4%, a spadek rok do roku to już ponad 20%, od początku roku spadek
wyniósł 14%) poznaliśmy też ilość domów oczekujących na sprzedaż. Wzrosła
ona o ponad 1% i osiągnęła najwyższy poziom od 11 lat. W ciągu roku liczba
domów na sprzedaż wzrosła o ponad 22%. W przypadku istniejących domów
wielkość obrotów także spadła o ponad 4%, a liczba domów oczekujących na
sprzedaż wzrosła do najwyższego poziom od 13 lat. Oczywiście dane
dotyczące jednego miesiące nie są w pełni wiarygodne, gdyż mogą być
poddawane później dużym rewizjom. Chyba warto się martwić jeśli
sześciomiesięczna średnia wielkości sprzedaży nowych domów spada po raz
ósmy z rzędu.
Przypomnijmy, że nieruchomości to tylko część problemu. Inną jest cały
czas duża groźba pojawienia się wyższej inflacji. Wspominał o tym w
ubiegłym tygodniu szef chicagowskiego banku rezerwy federalnej. Napięcia
inflacyjne sprawiają, że FOMC nie jest elastyczny w odniesieniu do
sytuacji panującej na rynku nieruchomości. Nie ma możliwości obniżenia
stóp, gdy inflacja cały czas straszy, a nie jest wykluczone, że jeszcze je
podniesie, co tylko może pogłębić niekorzystne tendencje. Inflacja to nie
wszystko. Nie zapominajmy choćby o cały czas wysokich kosztach aktywności
militarnej Stanów Zjednoczonych. Owszem pomaga to części gospodarki, ale
jest okupione potężnym deficytem federalnym.
Powyższe informacje mają wielkie znaczenie dla amerykańskiego rynku akcji,
a więc i również naszego. Nawet dobre dane o sprzedaży detalicznej (wzrost
o 11%) oraz wydatkach na inwestycje (wzrost o ponad 15%), jakie ostatnio
otrzymaliśmy nie będą w stanie utrzymać dobrej koniunktury na rynku.
Chcemy czy nie, jesteśmy uzależnieni od tego, co się dzieje na świecie.
Czy w tym kontekście może cieszyć fakt zanotowania przez gospodarkę
niemiecką najszybszego wzrostu od 5 lat? Z pewnością, choć gdy dowiemy
się, że było to raptem 0,9% to miny rzedną. Tym bardziej, że ten wzrost
już jest zagrożony możliwymi dalszymi podwyżkami stóp procentowych w
strefie euro.
Czarna świeca z początku miesiąca okazała się na tyle wyraźnym sygnałem,
że popyt przez resztę dni sierpnia nie kwapił się do poważniejszych ataków
Wykres_1.gif Na razie sytuacja wygląda dość jasno - majowy spadek cen
przełamał linię trendu wzrostowego, a czerwcowo-lipcowy wzrost okazałgodniowej. Wygląda, jakby rynek szykował się na odbicie.
Pierwsze dni ubiegłego tygodnia były fatalne pod względem aktywności i
zmienności cen. Czwartek był już nieco lepszy, ale dopiero w piątek doszło
do wybicia z małej konsolidacji. Wygląda na to, że zmierzamy do dolnego
ograniczenia formacji diamentu Wykres_2.gif Jest to zgodne z wcześniejszym
sygnałem wyjścia z formacji klina zwyżkującego. O ile początek tygodnia
może faktycznie być jeszcze pod wrażeniem piątkowej przeceny to już jego
końcówka nie koniecznie. Można podejrzewać, że popyt będzie aktywniejszy,
by nie dopuścić do kolejnego sygnału. Tym samym okolice 2800 pkt w tym
tygodniu nie wydają się zagrożone i cena powinna utrzymać się nad tym
poziomem.
Kamil Jaros
[email protected]