Każdy, kto na bieżąco śledzi wydarzenia na rynkach finansowych i czyta amerykańskie serwisy informacyjne, łatwo zauważy, że zwykle przeważa wśród nich optymizm. Według większości analiz i komentarzy, rynek ma większe szanse na wzrost cen, a napływające informacje mają głównie dobry wydźwięk. Rzadko się zdarza, by jednocześnie pojawiło się wiele pesymistycznych tekstów dotyczących przyszłości. Ostatnio tak właśnie siź stało.
Nieruchomości na czele
W ubiegłym tygodniu na pierwszy plan wszystkich serwisów wyszły informacje dotyczące rynku nieruchomości w USA. Po części wynikało to z faktu, że nie było innych ważnych publikacji danych makroekonomicznych, którymi można było się zająć, ale to tylko pół prawdy. Faktycznie, ostatnio rynek nieruchomości staje się ponownie języczkiem u wagi inwestorów.
Już dawno mówiono, że rynek nieruchomości w USA to bańka spekulacyjna, która kiedyś musi - jak każda bańka - pęknąć. Gdy tylko stopy procentowe zaczęły rosnąć, obwieszczano koniec hossy na rynku nieruchomości, a tym samym poważne zakłócenia, jakie to wydarzenie miało wywołać w całej gospodarce. Stopy rosły, ale obroty nieruchomościami także. Rosły też nadal ceny. Temat szybko zszedł z afisza i stał się drugorzędny. Teraz wraca, bo przewidywane wtedy zmiany zaczynają się pojawiać.
Każdy ma świadomość, że prowadzona w ostatnich miesiącach polityka pieniężna musiała odcisnąć swoje piętno na rynku nieruchomości. Wzrost kosztu pieniądza silnie wpływa na chęć zaciągania kredytów hipotecznych. Sprawia też, że zaciągane kredyty są coraz droższe, a tym samym ich obsługa jest coraz większym obciążeniem budżetów domowych, co ma bezpośredni wpływ na poziom konsumpcji gospodarstw domowych. To tylko skutki bezpośrednie. Znacznie ważniejsze są też skutki pośrednie. Zmniejszenie popytu na nieruchomości wynikające z droższego kredytu sprawia, że podaż zaczyna przeważać. Obroty na rynku są nadal duże, ale ceny już nie rosną. Później obroty zaczynają spadać, by po jakimś czasie ceny także zaczęły zniżkować.