- Jesteśmy pewni, że plan naprawczy dla Stoczni Gdynia jest wiarygodny, a przewidziana w nim pomoc publiczna na restrukturyzację uzyska akceptację Komisji Europejskiej - uważa prezes gdyńskiego zakładu Kazimierz Smoliński. Jego zdaniem, program spełnia wszystkie wymagania wspólnotowe: nie zakłóca konkurencji i zakłada restrukturyzację przy możliwie najwyższym wkładzie własnym stoczni. Podobne zdanie mają przedstawiciele Stoczni Gdańskiej.

Szczegółowe plany naprawcze, które opracowały resorty gospodarki i skarbu, we współpracy z ARP, KUKE i UOKiK, zostały oparte na dokumentach sporządzonych na zlecenie stoczni przez firmy, takie jak Ernst&Young i Roland Berger. Są one wprowadzane już od kilku miesięcy z uwzględnieniem wcześniejszych uwag Brukseli. Na ostateczną decyzję, która powinna zapaść pod koniec roku, stocznie nie czekały.

Jednym z elementów restrukturyzacji było rozdzielenie zakładów w Gdyni i Gdańsku. Teraz prowadzą one negocjacje z inwestorami, takimi jak Rami Ungar (właściciel Ray Car Carriers), związany z ukraińskim Donbasem ZPD Steel oraz norweski Aker. Stocznia Gdynia po podwyższeniu kapitału akcyjnego o 500 mln zł przygotowuje się do prywatyzacji. Gdański zakład może potrzebować nawet 200 mln zł od inwestorów.

Dokumenty zostały przesłane do KE w poniedziałek. Gdyby ten termin został przekroczony, Komisja bez ich rozpatrywania uznałaby dotychczasową pomoc publiczną dla stoczni za niedozwoloną i nakazałaby zwrócić środki, które są szacowane na 3-4 mld złotych.