Ludzie, którzy tworzą pojemne pojęcie "rynku finansowego", nie są pozbawieni ludzkich uczuć. Stąd na pewno nie brakuje współczucia dla byłej wicepremier Zyty Gilowskiej, zarówno w związku z jej rozprawą lustracyjną, jak i rozstrzygnięciem. Mówi ono, że Gilowska nie była co prawda współpracownikiem PRL-owskich służb, mimo to im pomogła. To zaś - szczególnie z perspektywy rychłego wejścia w życie nowej ustawy lustracyjnej - oznacza, że prawdopodobnie drzwi do rządu Jarosława Kaczyńskiego będą dla Gilowskiej nadal zamknięte.

Meandry lustracji nie są jednak dla inwestorów tak ważne, jak to, czy Gilowska ma po co wracać do ministerstwa z punktu widzenia polityki gospodarczej. A czy była wicepremier ma tu po co wracać? Jedną z najważniejszych propozycji zgłoszonych przez byłą minister finansów było przecież ograniczenie tzw. klina podatkowego. Kilka dni temu okazało się jednak, że klin nie zostanie zmniejszony. M.in. dlatego, że budżet nie może sobie pozwolić na ubytek dochodów. Pieniędzy potrzebują przecież wicepremierzy Lepper i Giertych. Inny pomysł: według Gilowskiej, reforma finansów publicznych miała być przeprowadzona szybko. Cały projekt powinien być zakończony właściwie jeszcze w tym roku. Sam premier zrezygnował jednak z takiego pośpiechu. Mówił, że reforma, oczywiście, jest potrzebna, ale można ją rozłożyć na dwa albo trzy etapy. To tylko dwa, ale istotne, przykłady, które przekonują, że również ze względów merytorycznych szanse na powrót Gilowskiej do rządu zmalały praktycznie do zera.