W ostatnim czasie wyraźnie zmalała zmienność na amerykańskiej giełdzie. Wskaźnik ATR z 5 sesji dla S&P 500 osiągnął 0,55 proc. podczas gdy jeszcze w połowie sierpnia był prawie dwa razy większy. W ostatnich dwóch latach 5--krotnie mieliśmy do czynienia z tak niską zmiennością. Jej wystąpienie tylko raz zbiegło się z ustanowieniem szczytu i rozpoczęciem mocniejszego spadku, ale w pozostałych przypadkach zapowiadało trudności z kontynuacją zwyżki. W takiej sytuacji pod znakiem zapytania staje możliwość przełamania tegorocznej górki przez S&P 500. Z punktu widzenia rozwoju wydarzeń w dłuższym terminie to, czy uda się pokonać majowy szczyt, ma bardzo ważne znaczenie. Tworzeniu czerwcowego dołka towarzyszyły praktycznie wszystkie elementy charakterystyczne dla końca wcześniejszych korekt, począwszy od 2004 r. Po ich zakończeniu za każdym razem udawało się ustanowić nowe maksimum. Dlatego naturalnym oczekiwaniem jest, że tak również stanie się i teraz. Wobec tego, gdyby tak się nie stało, byłby to ewidentny sygnał słabości kupujących.

Mocnym ciosem dla nich okazała się rewizja danych o kosztach i efektywności pracy w USA. Obecnie wytworzyła się sytuacja przeciwna do tej, jaka występowała w 2002 i 2003 r., kiedy utrzymywało się bardzo wysokie tempo poprawy efektywności, a koszty nie rosły. Teraz dynamika ich zmiany jest dwa razy wyższa niż efektywności. Ma to znaczenie nie tylko z punktu widzenia rynku akcji, gdyż wzbudza obawy przed wyraźnym obniżeniem tempa poprawy wyników spółek i skłania do utrzymania restrykcyjnego kursu w polityce pieniężnej. Takie relacje między efektywnością i kosztami pracy wywierają zatem presję również na rynek obligacji. Tym razem jednak inwestorzy nie będą mogli zwyżki rentowności papierów skarbowych odbierać jako potwierdzenia dobrego stanu gospodarki, tak jak to było w pierwszych miesiącach tego roku. Przez dwa ostatnie dni dochodowość 10-latek zwiększyła się o 0,09 pkt proc.