Pan wicepremier Andrzej Lepper chce, aby deficyt budżetu wynosił nie 30 mld zł, ale 33-35 mld zł. Jak rozumiem, to jeden z postulatów Samoobrony, bez przyjęcia których koalicja się rozpadnie. To byłoby wydarzenie rozdzierające serce, zwłaszcza że nasza koalicja rozpadłaby się tylko dlatego, że członek rządu chce mniejszego deficytu.
To nie błąd - deficyt na poziomie 33-35 mld zł jest mniejszy niż 30-mld. W końcu deficyt to jest coś, czego nie ma, czego faktycznie brakuje. W matematyce zwykle oznacza się takie wartości znakiem minus. A chyba jasne jest, że -30 jest kwotą większą niż -33 czy -35.
Co ciekawe, pan wicepremier Lepper nie do końca pojmuje - jak zresztą spora część jego elektoratu - że gdy się doda taką ujemną kwotę do kwoty dodatniej, to kwota dodatnia się zmniejszy, a nie zwiększy. A jak to się dzieje w przypadku deficytu? W przypadku państwa - deficyt finansują różnego rodzaju inwestorzy. Inwestorzy idiotami nie są, w końcu dają gotówkę, więc chcą w zamian kasę plus odsetki. Można by przymknąć oko na kasę (czyli część podstawową długu), ale ktoś musi zapłacić odsetki. A kto? Ano, jak w reklamie - i pan, i pani, i pan, i pani. Mam cichą nadzieję, że wicepremier Lepper też. Tak się składa, że - paradoksalnie - im mniejszy deficyt (czyli nie -30, ale -33 czy -35), tym większe odsetki. Im większe odsetki, tym większe obciążenia podatkowe, czyli mniej pieniędzy zostaje Polakom na życie. Czyli - Panie wicepremierze - czas najwyższy odpuścić sobie arytmetykę, zakładającą, że jak deficyt wyniesie nie 30, ale 33 czy 35 mld zł, to wszyscy będą mieli więcej.