Trzeba sobie powiedzieć jasno: ten tydzień nie jest zbyt przyjazny dla inwestorów, którzy na podstawie zachowania kursów akcji czy przebiegu poszczególnych sesji chcieliby próbować wysnuć jakieś bardziej konkretne wnioski dotyczące przyszłości. Przypadająca w piętek data wygasania instrumentów pochodnych (ma to zresztą miejsce nie tylko w Polsce) jest czynnikiem na tyle znacznie
wpływającym na postawy graczy giełdowych, że wiarygodność prognoz bazujących na bieżących notowaniach jest po prostu niska.
W przypadku uczestników rynku o odpowiednio zasobnych portfelach niewątpliwie może pojawić się pokusa dopasowania kursów akcji do aktualnie zajmowanej pozycji na kontraktach. W końcu nie od dziś wiadomo, że duży może więcej. O prawdziwej kondycji naszej giełdy będziemy mogli przekonać się dopiero w przyszłym tygodniu. Technicznie najbliższym oporem jest linia trendu spadkowego poprowadzona po szczytach z początku maja i końca lipca tego roku, przebiegająca aktualnie na poziomie około 3100 punktów. Tydzień temu rynek podjął próbę jej pokonania, ale niska aktywność graczy właściwie z góry wykluczała możliwość sukcesu. Wczorajsze obroty były już na przyzwoitym poziomie, co w zestawieniu z poprawę nastrojów na giełdach zachodnich i wyraźnym uodpornieniem się GPW na polityczne newsy pozwala na ostrożny optymizm.
Rynki finansowe w taki właśnie sposób oceniły deklaracje premiera odnośnie do powrotu do rzędu Zyty Gilowskiej. Niejako na drugim biegunie sytuuję się pohukiwania Andrzeja Leppera i pomruki Romana Giertycha, którzy w obliczu zbliżających się wyborów samorządowych usiłuję wybić się na niezależność i pokazać wyborcom, że pochylają się z troskę nad ich losem. Stąd wynikają
groźby przewodniczącego