Do końca XIX wieku rachunek prawdopodobieństwa traktowany był jako część fizyki. Doświadczenia były proste - rzucano kostkami lub monetą i zapisywano wyniki, a później je analizowano. Z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać śmieszne - ale tak było. Dopiero w XX wieku prawdopodobieństwo zaczęło być częścią matematyki. Choć matematycy (wówczas nazywani geometrami) zajmowali się nim wcześniej.
Rozwój rachunku prawdopodobieństwa ściśle związany był z grami hazardowymi. W gry hazardowe grano i grać się będzie. Nic więc dziwnego, że pierwszą książkę poświęconą zjawiskom losowym nazwano... "Sztuka rzucania".
Matematycy - duża ich część utrzymywała się z hazardu - zyskiwali coraz większą wiedzę o prawdopodobieństwie. Dawała im nieznaczną przewagę nad pozostałymi graczami. Musieli jednak wypracowywać swoje zyski w sposób, który nie budzi podejrzeń. W przeciwnym wypadku zakończyliby swój proceder z nożem w plecach lub jak jeden z uczniów Cardana - z obciętymi palcami prawej dłoni. Dlatego gra musiała stwarzać wrażenie "sprawiedliwej".
Przykłady. Jeden z przyjaciół Pascala zakładał się, że w czterech rzutach jedną kostką wyrzucona zostanie szóstka - wiedział, że prawdopodobieństwo takiego zdarzenia wynosiło 51,77 proc. Wygrywał niewielkie stawki w długich seriach rzutów. Oczywiście, musiał dysponować sporym majątkiem - początkowo mógł trafić na długą serię przegranych.
Warto jednak dodać, że stracił dużą część majątku, obstawiając inną grę - wyrzucenie pary szóstek w serii 24 rzutów dwiema kostkami. Zawiodła go intuicja, pomylił się w obliczeniach lub testował metodę na zbyt małej próbie - prawdopodobieństwo wynosiło 49,14 proc. Jak zauważa Peter L. Bernstein w książce "Niezwykłe dzieje ryzyka" - gdyby zakładał się na ten sam wynik w serii 25 rzutów - uzyskałby przewagę z prawdopodobieństwem 50,55 proc.