Wraz z gorszymi wskaźnikami makroekonomicznymi na rynki akcji powróciła nerwowość i skłonność do pozbywania się walorów.
Nowojorskie giełdy piątkowe sesje zaczęły od spadków, gdyż gracze obawiają się, że gospodarka USA bardziej i szybciej zwolni obroty, niż sądzono. Negatywnych impulsów dostarczył nie tylko instytut badawczy Conference Board, którego indeks, będący syntezą głównych wskaźników, zapowiada osłabienie tempa działalności gospodarczej. Dobrych wieści nie miał też Bank Rezerwy Federalnej z Filadelfii. Wskazówka jego barometru, mierzącego stan koniunktury, nieoczekiwanie znacznie poszła w dół. W Europie zgodnie spadały indeksy wszystkich dojrzałych rynków. Powód był ten sam, co w USA. Po otwarciu sesji za oceanem spadki pogłębiły się do ponad 1 proc. Analitycy wyjaśniali, że klimat inwestycyjny psują obawy, iż wysokie koszty kredytu zaszkodzą spółkom giełdowym. Amerykański bank centralny dopiero od sierpnia przestał podnosić oprocentowanie. Europejski Bank Centralny od grudnia 2005 r. cztery razy zwiększał koszty kredytu wynoszące obecnie 3 proc. Pozbywano akcji firm zaangażowanych w USA. Walory Daimler Chryslera taniały, gdyż niektórzy gracze zapewne nagle zauważyli je w swoich portfelach i przypomnieli sobie, że tydzień temu ten potentat rynku motoryzacyjnego nieoczekiwanie obniżył prognozę tegorocznych wyników. Jego amerykańska noga (Chrysler) straci 1,5 miliarda dolarów. Ukarano też bank HSBC, bo za oceanem wypracowuje jedną trzecią wyników. Pozytywnie wyróżniła się natomiast hiszpańska firma Ferrovial, inwestor Budimeksu. Merrill Lynch podwyższył cenę docelową jej akcji. Z takiego samego powodu pojawił się też popyt na walory niemieckiego koncernu farmaceutycznego Merck KgaA. W górę szedł kurs Scanii, gdyż spodziewano się, że Man złoży lepszą ofertę jej udziałowcom.
Indeks Morgana Stanleya dla Azji i Pacyfiku, z tych samych powodów jak wyżej, stracił 0,7 proc., tokijski Nikkei 225 dwa razy więcej, w Bangkoku zaś było minus 2 proc.