Kiedy byłem młody, ludzie nazywali mnie hazardzistą. Gdy zacząłem prowadzić operacje na większą skalę, stałem się spekulantem. Teraz nazywają mnie bankierem. A przecież ciągle robię to samo. Tak pisał o sobie Ernest Cassell, który był bankierem króla Edwarda VII.
Kolejny felieton poświęcony próbom wygrania z rynkiem i wartością oczekiwaną zaczynam od cytatu pochodzącego z wydanej przez Muzę książki "Historia Spekulacji Finansowych", której autorem jest Edward Chancelor. Czynię tak dlatego, że spodziewam się, że część czytelników mogła uznać, że przed tygodniem dokonałem pewnego nadużycia. Chodziło o stosowanie do opisu rynku finansowego przykładów związanych z hazardem.
Nigdy nie odważyłbym się na zastosowanie takiego porównania do rynku akcji. Jeżeli gospodarka się rozwija i notowane na giełdzie spółki przynoszą zyski - gra na giełdzie jest grą o sumie dodatniej. Inwestorzy (wśród nich jest zapewne znaczna część czytelników "Parkietu") wygrywają z rynkiem - czyli zarabiają i osiągają dodatnią stopę zwrotu. Zarabiają dodatkowo inkasując dywidendę. Jednak im dalej jesteśmy od rynku akcji - tym trudniej o dodatnią wartość oczekiwaną. Ale nawet tu można osiągnąć większe zyski. Czasem jest to jakiś system, ale żeby go znaleźć trzeba być geniuszem. Czasem jest to oszustwo - tam gdzie obraca się dużymi pieniędzmi, pokusa może być bardzo duża. Czasem szczęście. No i czasem są to - umiejętności, znakomite wyczucie rynku czy stosowanie bardzo dobrych narzędzi, systemów. Ale nawet wówczas nie można wygrywać zawsze. I wróciliśmy do WGI.
W kwietniu 2004 r. na listach dyskusyjnych pojawiły się ogłoszenia, że "duża grupa kapitałowa poszukuje skutecznych zarządzających z praktyką na rynku walutowym celem nawiązania współpracy". Okazało się, że była to WGI. Z firmy odeszli analitycy i pracownicy zajmujący się transakcjami na rynku walutowym. To mogło oznaczać kilka rzeczy: nie wypłacono im należnych premii od zysków, albo - przeciwnie - ponieśli duże straty. Mogło to też oznaczać, że w firmie pojawiły się jakieś istotne ryzyka. Jakie to były ryzyka - mam nadzieję, że się kiedyś dowiemy.
Wkrótce okazało się, że na ich miejsce zatrudnieni zostali studenci. Najczęściej bez większego doświadczenia rynkowego. Od tego czasu wiedziałem jedno - moje dociekania dotyczące jakiegoś wspaniałego systemu transakcyjnego, który stosuje WGI były wyłącznie stratą czasu. System - nawet jeżeli istniał - to odszedł razem z doświadczonymi pracownikami.