We wrześniu - podobnie jak co roku o tej porze - rozgorzała dyskusja budżetowa. Tak jak co roku stając się medialnym motywem przewodnim na kilka jesiennych miesięcy. Podłączmy się do tego, tak obecnie modnego, tematu i spójrzmy na budowanie budżetu. Jednak by nie powielać tego, co powiedziano i napisano już dziesiątki, jeśli nie setki, razy, spójrzmy nań z nieco innej perspektywy. Porzućmy nasze krajowe podwórko i przyjrzyjmy się pewnej - zupełnie abstrakcyjnej - sytuacji.
A mianowicie, wyobraźmy sobie przyjmowanie budżetu jako coroczną imprezę składkową. Przyjmijmy, że gdzieś w jakiejś mitycznej Arkadii albo fantastycznej Nibylandii, mamy stałą grupę przyjaciół, która co roku zrzuca się do wspólnej kasy, a kilka wybranych osób za zebrane pieniądze organizuje imprezę dla wszystkich donatorów. Idealnie jest, gdy zebrane środki wydawane są tak, by osiągnąć maksimum wspólnej radości i korzyści. Mamy wtedy dobrą salę, dobrego DJ?a, w bród jedzenia i picia oraz profesjonalną ochronę. A wszystko to najlepsze z tego, co można było uzyskać - oczywiście, w ramach posiadanego budżetu.
Ale nawet w Nibylandii rzadko bywa idealnie. Może się więc zdarzyć, że organizatorzy mają swoje własne preferencje odnośnie do wydawania posiadanych znaków płatniczych. I to preferencje nie zawsze zgodne z interesem składkowego ogółu. Bo okazuje się, na przykład, że znajomemu Zdzisiowi - farmerowi trzeba dopłacić do paliwa, żeby na imprezę mógł dojechać swoim wspaniałym traktorem. Albo wielodzietnej koleżance Madzi trzeba zapłacić za opiekunkę dla dziecka lub też wspomóc ją w inny finansowy sposób, by tym gorliwiej powiększała grono imprezowiczów. Można również wspomóc kilka innych - mniej zamożnych - osób. Bo jeśli inni dostali, to one też powinny.
I nagle może się okazać, że w kasie widać dno, a na imprezę się nie zanosi. Cóż wtedy? Ano nic. Zawsze można zarządzić jeszcze jedną zrzutkę. Tylko że gdy pojawią się kolejne pie-niądze, zawsze znajdą się też pilne wydatki czy też potencjalni beneficjenci. I koniec końców impreza jest, ale w remizie (o ile oczywiście w Nibylandii też są remizy), przy magnetofonie, gości zaczepiają okoliczne indywidua, a do spożycia jest tylko mineralna i herbatniki.
Nie jest dużym problemem, jeśli powyższa sytuacja stanowi zjawisko incydentalne. Gorzej, gdy dzieje się tak co roku. Wtedy bowiem można oczekiwać pewnych negatywnych konsekwencji opisanych działań. Coraz więcej osób będzie się starać wymigać od płacenia. "Przykro mi, ale dałem duży datek proboszczowi", "przykro mi, ale właśnie remontuję mieszkanie", "przykro mi, ale..."